Hej! No więc, jak ponownie zmieniłam wygląd bloga, nagle naszła mnie wena. 7 rozdział jest już pisany - postaram się wstawić go jak najszybciej :) Przepraszam, że tak długo mnie nie było, że opuściłam tego bloga, że... Ale miałam sporo problemów. No i potem doszła szkoła. Ale już jestem. Mam nadzieję, że nie opuściliście mnie jeszcze. Wiem, że na to zasługuję, ale nadzieja zawsze umiera ostatnia, prawda?
Pozdrawiam serdecznie,
Cave :*
PS. Jak Wam się podoba nowy szablon? <:
Chciałabym Wam polecić parodię HP, pisaną przeze mnie i Izoldę Griffin z najpopularniejszego bloga o Flarry. ;) Na naszym blogu pojawił się już prolog: Chory Portfel i Kamień Półśmierci
poniedziałek, 16 września 2013
czwartek, 22 sierpnia 2013
Liebster Award
Dziękuję! :*
Dziękuję Kaji Malfoy z bloga: http://zakazana-milosc-moze-byc-slodka.blogspot.com za nominację ;)
Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 10 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 10 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 10 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.
Odpowiedzi:
Dziękuję Kaji Malfoy z bloga: http://zakazana-milosc-moze-byc-slodka.blogspot.com za nominację ;)
Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 10 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 10 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 10 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.
Odpowiedzi:
1. Jaki patronus?
Myślę, że moim patronusem byłby jeleń, ewentualnie sarna, ponieważ kocham te zwierzęta! :D
2. Co sądzisz o Sevmione?
Bez obrazy dla fanów tego parringu, ale... Parafrazując nonsensopedię: "Severus Snape i Hermiona Granger. Nieważne, że Snape jest nauczycielem,
ma trzydzieści osiem lat i jest brzydki jak noc listopadowa. Hermionę to
pociąga. Akcja zwykle zaczyna się od tego, że Hermionka ma pomagać w
robieniu zup... eee... eliksirów, przez co ma szansę uwieść Nietoperza i
dać mu się przelecieć szansę na lepsze życie." :D
3. Ulubiony członek Zakonu?
Zdecydowanie Lily Evans.
4. Ulubiony członek Śmierciożerców *bez skojarzeń*?
Oczywiście, że Draco, ale poza młodym Malfoyem - Bellatrix :3
5. Co sądzisz o Draconie?
Tu mogłabym rozpisywać się w całym tomiszczach. Jednak skrócę ;)
Draco zawsze będzie dla mnie zagubioną duszą, która nie zawsze wie, co dla niej dobre. Jestem pewna, że często wahał się nad stronami, jednak wybrał zło - zupełnie jak Josh Newman z trylogii "Sekrety nieśmiertelnego Nicholasa Flamela" (kto nie czytał - gorąco polecam!). Myślę, że, tak jak u Josha, przeważyły korzyści. Nie łudźmy się - Draco to Ślizgon, człowiek biznesu. Na pewno obliczył straty, jakie by go dosięgnęły, gdyby przeszedł na stronę Zakonu. Również terror ojca zadziałał swoje. Oboje wierzyli, że Voldemort wygrał. Draco na pewno szukał miłości, jednka był zbyt dumny, by się do tego przyznać. Uważam, że jest bardzo intrygującą i tajemniczą postacią, szczególnie w szóstym tomie. Chciał być śmierciożercą, jednak (co zupełnie normalne) załamywał się, gdy coś mu nie wychodziło. Był Ślizgonem i nie miał odwagi, by stanąć w obronie innych. Kocham go ;)
Draco zawsze będzie dla mnie zagubioną duszą, która nie zawsze wie, co dla niej dobre. Jestem pewna, że często wahał się nad stronami, jednak wybrał zło - zupełnie jak Josh Newman z trylogii "Sekrety nieśmiertelnego Nicholasa Flamela" (kto nie czytał - gorąco polecam!). Myślę, że, tak jak u Josha, przeważyły korzyści. Nie łudźmy się - Draco to Ślizgon, człowiek biznesu. Na pewno obliczył straty, jakie by go dosięgnęły, gdyby przeszedł na stronę Zakonu. Również terror ojca zadziałał swoje. Oboje wierzyli, że Voldemort wygrał. Draco na pewno szukał miłości, jednka był zbyt dumny, by się do tego przyznać. Uważam, że jest bardzo intrygującą i tajemniczą postacią, szczególnie w szóstym tomie. Chciał być śmierciożercą, jednak (co zupełnie normalne) załamywał się, gdy coś mu nie wychodziło. Był Ślizgonem i nie miał odwagi, by stanąć w obronie innych. Kocham go ;)
6. Masz jakieś inne hobby?
Oczywiście! Oprócz pisania zajmuję się grafiką komputerową i wiążę przyszłość z informatyką. Moim hobby jest także Emma Watson (pozdrowienia dla Emmistów :***). Rysuję, maluję, szkicuję, najczęściej wieczorami. Czytanie książek to moja pasja! Jestem w tym bardzo podobna do Hermiony. Nie lubię się uczyć, ale uwielbiam zdobywać nową wiedzę i wykorzystywać ją w praktyce.
7. Skąd pomysł na to opowiadanie?
Sama nie wiem. Czytałam Dramione daaawno temu, potem przerzuciłam się na Jilly. Sama pisałam historię rodziców Harry'ego ;) I pewnego dnia, jeszcze na onetowskim blogu o Jamesie i Lily, nagle naszedł mnie pomysł na obecny prolog. Napisałam go, bez myśli o głównych bohaterach (chyba pierwotnie był o Lily i Jamesie...). Potem powróciłam do czytania Dramione, założyłam bloga i, myśląc nad prologiem, przypomniał mi się tamten - i tak powstała ta historia ;)
8. Kim chciałabyś zostać w przyszłości?
W poprzednim Liebster pisałam o aktorstwie. Teraz też o tym marzę, jednak o aktorstwie teatralnym. Sądzę jednak, że jestem na to za stara, a przyszłość tkwi w internecie. Założyłam, że będę informatykiem, grafikiem komputerowym, bądź animatorem filmowym, a wieczorami będę pisała powieść fantasy.
9. Ulubiony parring? (nie licząc Dramione, o którym piszesz)
Nie wiem, czy potrafię wybrać. Uwielbiam Harry'ego w parringach, byle nie z Ginny. Blinny kocham, jednak nie wiem, czy jest moim ulubionym parringiem. Ta para jest taka nierealna. Może Blaise i Pansy? Albo... Nie, chyba zostaję przy Jamesie i Lily ;)
10. Ulubiony kolor?
Zielony! Po części dlatego, że jest to kolor Slytherinu, do którego przynależę (nie ze względu na Draco), a po części dlatego, że takie są moje oczy. A kocham zielone oczy (mam oczy jak Lily Evans! ;3). Ta barwa jest przepiękna. Wiosna - wszystko budzi się do życia. ;)
Później dodam nominowanych ;)
Pozdrawiam, Cave
Pozdrawiam, Cave
niedziela, 28 lipca 2013
Wyjazd 1 (miniatura)
Hermiona siedziała na
zarośniętym murku. Znajdowała się w oddalonej od Londynu wiosce. Pomimo, że
dziewczyna nie lubiła niezaludnionych miejsc, tym razem jej się podobało.
Wokoło rozlegały się piękne widoki połonin górskich, a w dole piętrzyła się
wzburzona rzeka. Popatrzyła w dół i dostrzegła tam platynową czuprynę swojego
chłopaka. Z uśmiechem na twarzy zanurzyła w niej ręce, poruszając nimi od czasu
do czasu.
Lekko zirytowany
chłopak poprawiał prostą grzywkę, próbując walczyć ze sprawnymi rączkami
Hermiony. W końcu po kolejnej nieudanej próbie doprowadzenia włosów do porządku
dał sobie z tym spokój. Rozejrzał się i skupił wzrok na siedzącej obok nich
grupie ludzi. Nigdy nie przypuszczał, że mugole mogą okazać się serdecznymi i
fajnymi ludźmi.
– Hej, młodzieży! –
krzyknęła wesoło jedna z pań, siedzących po drugiej stronie wiejskiej drogi. –
Zaraz zaczynamy!
Wśród młodych nastąpiło
pewne poruszenie. Cwaniackie uśmiechy zniknęły z twarz podrywających
rozchichotane dziewczyny chłopaków. Zastąpił je zaniepokojony grymas; dopiero
teraz uświadomili sobie, co tak naprawdę ich czeka. Wesoła atmosfera prysła jak
mydlana bańka.
Draco poczuł, jak
gładkie dłonie Hermiony wysuwają się z jego puszystych włosów i splatają się z
jego własnymi. Sam czuł lekki szok, że tak szybko minął im czas i zaraz
zaczynał się najważniejszy etap Wyjazdu.
Wyjazd to taki… obóz
przetrwania z ostrzejszymi zadaniami. Przynajmniej tak postrzegał go Draco.
Hermiona miała jednak inne zdanie na ten temat. Nadal nie mogła wybaczyć
Draconowi strasznej pomyłki; oboje myśleli, że jadą na załatwiony przez niego
wyjazd na Wyspy Kanaryjskie, jednak jak się potem okazało, wylądowali w
ciężarówce ze słomą na Wyjeździe, na którym tylko jedno można było stracić.
Życie.
A teraz czekało ich
najważniejsze zadanie. Z pozoru łatwe, o ile wybierze się bieg. Jeśli jednak
pływanie… Znalazło się paru szaleńców, którzy postanowili przebyć trasę wokół
Góry Śmierci rzeką płynącą dookoła niej. Nawet opiekunki-trenerki patrzyły na
to ze swego rodzaju przerażeniem, myśląc o konsekwencjach tego wyczynu.
Oczywiście ani Draco,
ani Hermiona nie zdecydowali się na pływanie. Chociaż młodego Malfoya ciągnęło,
by poczuć tę adrenalinę, a i, nie chwaląc się, umiał całkiem dobrze pływać,
Hermiona błyskawicznie wyperswadowała mu ten „idiotyczny pomysł” – jak go
nazwała – z głowy. Sama nie czuła się dobrze ani na lądzie, ani w wodzie,
jednak wiedziała, że musi spróbować temu podołać. Żałowała, że nie może
przelecieć trasy lotnią, czy czymś podobnym, bo z zamiłowania do lotu na miotle
straciła poczucie pewności w innym środowisku niż powietrze. Może to wydać się chore, że nie
stąpała pewnie po drodze, czy nie maczała nawet nóg na mieliźnie, ale taka już
była. A Draco to akceptował.
– Kate i Charlie!
Wywołani zbladli.
Podnieśli się jednak z polnej trawy i dygocząc podeszli do pań.
– Wiecie, co macie
robić? – zapytała jedna z nich, wysoka blondynka o przenikliwym wzroku piwnych
oczu. Pierwsi uczestnicy pokiwali niemrawo głowami. Prawie wszystkie opiekunki
(a było ich aż pięć) spojrzały na nich ze współczuciem. PRAWIE wszystkie –
oprócz jednej. Ona była najsurowsza na Wyjeździe. Miała swoje zasady i pilnie
ich przestrzegała. Po lekko szpakowatym wyglądzie dało się w niej rozpoznać
bułgarskie korzenie, a i jej akcent za tym przemawiał.
Kate wybrała bieg,
natomiast Charlie pływanie. I o ile Draco lekko mu zazdrościł, to Hermiona była
jawnie przerażona. Podczas wspólnych pobytów pod namiotami w lasach zdążyła
zawrzeć bliskie stosunki z Charliem. Pomimo, że Draco nie był za tą przyjaźnią,
teraz współczuł trochę dziewczynie. Chłopakiem się nie przejmował, wiedział, że
da sobie radę.
– Charlie to silny
chłop – szepnął cicho, odchylając głowę do tyłu i spoglądając na siedzącą wyżej
Hermionę. – Na pewno sobie poradzi, kochanie. Nie przejmuj się.
Hermiona tylko
pokręciła głową i z trudem powstrzymała słone łzy, napływające jej do oczu.
Zawodnicy wystartowali.
Panie objaśniły reszcie, że mają tylko dziesięć sekund na przebycie trasy i,
żeby się nie martwić – w różnych miejscach na szlaku stoi kilka oddziałów
pogotowia. Jej mina jednak mówiła, że należy się przejmować i życzyć Kate i
Charliemu powodzenia.
Po chwili ich uszu
dobiegł głośny ryk syreny. Panie uśmiechnęły się z ulgą – oczywiście oprócz
Bułgarki – i zakrzyknęły:
– Ukończyli! Czas:
lekko ponad dziewięć sekund!
Rozległy się wiwaty i
nerwowe, lecz szczere śmiechy. Każdy obawiał się o swoich przyjaciół, drugie
połówki, znajomych, czy rodzinę.
– Andrea i Andreas!
Para bliźniaków wstała
i przybijając innym piątkę, podeszli niby luźnym krokiem do pań. Jedna z nich
mruknęła coś do rodzeństwa i oboje wystartowali; wybrali bieg.
Wszyscy wstrzymali
oddechy. Po ośmiu sekundach rozległa się głośna syrena. Znów wybuchła z pozoru
wesoła wrzawa.
– Hermiona i Edward!
Hermiona skamieniała.
Draco również. Oboje wiedzieli, że ta chwila nadejdzie, ale liczyli na to, że zostaną przydzieleni razem. W obecności Dracona dziewczyna zawsze czuła się
pewniej. Spojrzała na chłopaka i pocałowała go sztywno w usta. Wyplotła ręce z
uścisku i drżąc ruszyła przed siebie. Po drodze napotkała pokrzepiające
spojrzenie Edwarda, który wybrał spływ rzeką. Podeszli razem do pań, które
wyjaśniły im pokrótce, jak mają zawiadomić pogotowie o ewentualnych („Nie daj
Boże” – mruknęła niska szatynka) problemach.
Ustawili się na
starcie. Hermiona miała biec ścieżką z przeszkodami dookoła Góry Śmierci, a
Edward wskoczyć do zimnej rzeki i zmagać się z porywistym nurtem. Wiatr szarpał
im ubrania. Hermiona co rusz odgarniała skołtunione włosy z twarzy, czując na
sobie żałosny wzrok Dracona. Nie śmiała spojrzeć na niego po raz ostatni.
Na umówiony znak
wystartowali. Hermiona biegła jak najszybciej potrafiła, nie rozglądając się.
Wydawało jej się, że minęła jeden postój lekarzy, lecz niczego nie była pewna.
W głowie jej szumiało, w boku czuła silną kolkę, a do tego potknęła się na wystającym korzeniu, boleśnie tłukąc sobie kostkę. Czuła, jakby
startowała w biegu o przetrwanie. „Bo właściwie tak jest” – pomyślała ponuro,
oddychając szybko i nieregularnie. Wiedziała, że nie da rady. Takie rzeczy nie
są dla niej.
Nagle stanęła. Świat
zawirował, a ona sama chwyciła się spoconymi dłońmi za bolącą głowę. Nie
orientowała, co się dzieje. Zaczęła kręcić się dookoła, nie zdając sobie sprawy
z tego, co robi. Czuła się całkowicie bezradna, a do tego nie miała sił myśleć.
– Zginiesz, Hermiono – zasyczał Voldemort w jej głowie. Hermiona
jednak nie zdawała sobie z tego sprawy i zaczęła jęczeć; wszędzie dostrzegała
teraz głowę Sam–Wiesz–Kogo. Każdy pień to on, każda skarpa to on, wszystko było
nim… – Ssskończysz tutaj… Zginiesz,
Hermiono…
„Zginiesz,
Hermiono…” – to zdanie cały czas krążyło jej po głowie. Obraz,
jaki widziała, zaczął się przekształcać. Zamiast Czarnego Pana widziała Harry’ego
Pottera, również powtarzającego „Zginiesz,
Hermiono…”. Potem zobaczyła Rona. Nie wytrzymała; rozpłakała się z bólu,
bezsilności, przez halucynacje i niezorientowanie. Przewinęło się przez jej
widok jeszcze parę osób, szepczących zdanie, dopóki nie zobaczyła Dracona.
Obraz Malfoya szepczącego „Zginiesz…”
podziałał na nią otrzeźwiającą. Próbowała wyrzucić z głowy dziwne wizje, nie
mogła… Nie chciała… Wtem wrzasnęła z bólu, czuła, jakby Voldemort wniknął do
jej głowy, jakby kontrolował jej myśli, wspomnienia… Usłyszała w swoich myślach
rozkaz wskoczenia do wody. Nie chciała do wykonać, wiedziała… Właściwie nie
była pewna, CO wiedziała. Ponownie wrzasnęła, a jej głowa upadła na ziemię.
Miała zamknięte oczy. Nie oddychała.
***
Blondyn zagryzał wargi
ze zdenerwowania. Minęło już sporo ponad dziesięć sekund. Edward, który co
prawda nie zmieścił się w czasie, przybiegł i oznajmił, że Hermiona na metę nie
dotarła. Nastąpiło wielkie poruszenie, gdy nagle hałas przerwał straszny krzyk
Hermiony. Jakby… cierpiała.
Draco, nie zastanawiając
się dłużej, popędził w stronę, z której dochodził głos ukochanej. Nie zważał na
krzyki pań; chciał jak najszybciej odnaleźć Hermionę i uratować ją w razie
potrzeby. Jednak widok, jaki zastał po przebyciu paruset metrów, zamurował i
jego.
Hermiona leżała
nieprzytomna na wyboistej ziemi, bardzo blisko brzegi rwącej rzeki. Najbardziej
Dracona zszokował fakt, że dziewczyna cały czas przesuwała się w stronę wody.
Otrząsnął się z szoku
tak szybko, jak potrafił. Sprintem podbiegł do ukochanej i złapał ją za
ramiona. Odciągnął ją w błyskawicznym tempie na bok, jednak Hermiona cały czas
była przyciągana przez rzekę. Pochylił się nad nią i z jego oczu
popłynęły pierwsze łzy, gdy nie wyczuł oddechu. Postanowił wziąć się w
garść. Wziął kilka głębokich wdechów i zabrał się do reanimacji. W pobliżu nie
widział nigdzie postoju pogotowia, a na dłuższą drogę z umierającą dziewczyną
nie mógł sobie pozwolić.
Trzydzieści uciśnięć.
Uważać, by nie połamać jej żeber. Dwa wdechy. O wiele lepiej by się czuł, gdyby
mogli się pocałować. Trzydzieści uciśnięć. Dwa wdechy. Trzydzieści uciśnięć…
Jakaś niewidzialna,
lecz cholernie mocna siła odepchnęła go na bok. Ciało Hermiony natychmiast
poturlało się ku rzece.
– Hermiona! – krzyknął
zupełnie bezsensownie Draco, nie wierząc w to, co się dzieje. Przeklęta bariera
stawała pomiędzy nim a ukochaną.
Usłyszał plusk, a zaraz potem dziewczyna
zniknęła mu z oczu. Tak nie może być! To nie może się teraz skończyć! Załkał
ponownie i poczuł, że bariera ustąpiła. Podniósł z niedowierzaniem głowę, a
przez jego myśli przeleciał strzępek rozmowy jego i Hermiony:
„–
Voldemort – mruknęła nagle brązowowłosa dziewczyna, opierając głową o kolana
chłopaka i patrząc w niebo.
–
Co: Voldemort? – zapytał z lekka zaintrygowany blond włosy chłopak, gładząc
dziewczynę po włosach. Przeniosła na niego swój wzrok.
–
Voldemort nie znał miłości, to prawda, ale uważał to za największą broń.
Wykorzystał to – zastanowiła się chwilę – choćby w medalionie, swoim horkruksie.
Sądził, że Ron nie zniszczy wisiorka, bo załamie się widokiem mnie z Harry’m.
Na wizji była między nami miłość.
Draco
wysłuchał jej z uwagą.
–
Po co mi to mówisz?
Hermiona
uśmiechnęła się tajemniczo.
–
Bo może kiedyś ci się to przyda.”
Czyżby wtedy już coś
przeczuwała? Nie, to niemożliwe. Draco skarcił się w myślach za to, że nie
przypomniał sobie tego wcześniej. Być może zapobiegłby…
– Hermiona! – wrzasnął
ponownie i wskoczył do spienionej wody.
Płynął niczym strzała.
Już dawno stracił siły, wiedział jednak, że nurt mógł zabrać lekką Hermionę
daleko stąd. Dlatego płynął dalej.
Nagle przed oczami
mignął mu skrawek czerwonego materiału. Tak! To bluzka Hermiony, na pewno!
Przyspieszył, o ile mógł, i udało mu się chwycić rękę ukochanej. Tylko co dalej,
co dalej? Pod prąd nie miał po co płynąć, i tak by nie dał rady. Mógł spróbować
wybić na brzeg, jednak górski nurt mocno spychał go w dół rzeki.
Nagle usłyszał dziki
wrzask, a chwilę potem poczuł czyjeś ręce, wyciągające go z wody.
– Weźcie najpierw ją,
błagam – wycharczał, krztusząc się lodowatą wodą. Lekarz dopiero teraz zauważył
Hermionę i jego oczy momentalnie się rozszerzyły. Spojrzał na chłopaka z
szokiem wymieszanym z podejrzliwością, a po krótkiej chwili koło nich pojawiło
się więcej mężczyzn. Wyciągnęli Hermionę i od razu pobiegli z nią do karetki.
Kilku z nich pomogło mu wydostać się na brzeg. Padł na ziemię i wypluł wodę,
zalegającą mu w płucach. Poczuł ciepły koc na swoich ramionach. Szczelnie się
nim okrył i powoli wstał.
Chwiejnym krokiem
ruszył w stronę noszy, wokół których zebrało się spore zbiegowisko. Dracon
nawet nie rozumiał krzyków lekarzy, po prostu chciał zobaczyć Hermionę. Jednak
ze względu na zatłoczenie dookoła niej, nie mógł. Znowu załkał, tym razem z
częściowej ulgi. Uratował ją – zrobił, co w jego mocy, teraz wszystko w rękach
lekarzy. Przysiadł na dużym głazie, z którego mógł obserwować karetkę.
Nagle poczuł dłoń na
ramieniu. Poderwał wzrok do góry i zobaczył za sobą płaczącego Charliego.
Spojrzał dalej i ujrzał Kate z Edwardem.
– Wszystko będzie
dobrze, stary – mruknął Charlie, zagryzając trzęsącą się dolną wargę. – Dobrze…
Draco mu uwierzył. Poczuł, że może mu ufać, że jeśli Hermiona się przyjaźniła z kolesiem, musi być godny zainteresowania. Skinął głową i przeniósł wzrok na lekarzy. Dostrzegł dziurę w otaczającym Hermionę kręgu. Natychmiast wstał i pobiegł, nie zważając na kujący ból w żebrach.
Draco mu uwierzył. Poczuł, że może mu ufać, że jeśli Hermiona się przyjaźniła z kolesiem, musi być godny zainteresowania. Skinął głową i przeniósł wzrok na lekarzy. Dostrzegł dziurę w otaczającym Hermionę kręgu. Natychmiast wstał i pobiegł, nie zważając na kujący ból w żebrach.
– Hermiona – jęknął,
widząc bladą ukochaną, leżącą na przenośnych noszach i podłączoną do mugolskiej
kroplówki. – Hermiona, obudź się…
Nagle Hermiona jak na
zawołanie otworzyła oczy. Zamrugała szybko, nie mogąc przyzwyczaić się do
światła panującego na dworze. W końcu była przez cały ten czas w ciemnościach.
Draco otarł łzy z policzków i z okrzykiem radości przytulił Hermionę, która
rozpłakała się w jego ramionach. Oboje łkali, wtulając się w siebie najmocniej
jak potrafili.
– Nigdy… Nigdy więcej
mi tego nie rób – powiedział Draco, próbując opanować drżenie w głosie.
Hermiona podniosła na niego swój szklany wzrok i zaczęła jeździć nim po męskich
rysach twarzy chłopaka. Zanurzyła trzęsącą się dłoń w jego gęstych włosach,
pragnąc już na zawsze być przy nim.
– Draco, ja… Ja
widziałam – zatrzęsła się ze strachu – Voldemorta…
Draco był zszokowany,
jednak uspokajał Hermionę głaskaniem po włosach.
– Cii, kochanie, już
dobrze… – uśmiechnął się z ulgą do dziewczyny. Odwzajemniła uśmiech, choć oczy
nadal miała zasnute mgiełką strachu.
Nagle Draconowi wpadł
do głowy szalony pomysł.
– Hermiono… – zająknął
się. – Hermiono… Kochanie moje, słońce… Kocham cię i na zawsze chcę być z tobą.
Wyjedziesz za mnie?
Złapał jej dłoń i ufnie
wpatrzył się w oczy wybranki.
– Ja… Draco, naprawdę?
– Blondyn skinął jej głową. – Och, oczywiście, że tak! – krzyknęła uradowana i
rzuciła mu się na szyję.
Od teraz wszystko miało
być dobrze…
***
Jestem dumna, pierwszy
raz chciałam napisać szczęśliwe zakończenie! :D
Myślę, że napiszę więcej części tego opowiadania.
INFORMACJA! W dniach 29 lipca – 9 sierpnia
wyjeżdżam! Więc na ten moment zawieszam bloga ;)
Jednak obiecuję, że wezmę ze sobą gruby zeszyt i napiszę 7. rozdział w górach. Będzie dłuugi, taka rekompensata za niezbyt regularne dodawanie notek :/
Pozdrawiam magicznie wszystkich Czytelników i ich rodziny! XD (tak, Wasz zwierzątka również się do tego zaliczają) :D
A może ktoś z Was będzie w tych dniach w Bieszczadach, w wioskach: Kalnica lub Zatwarnica (beznadziejna nazwa, kojarzy mi się z zatwardzeniem :x)? :D
Jednak obiecuję, że wezmę ze sobą gruby zeszyt i napiszę 7. rozdział w górach. Będzie dłuugi, taka rekompensata za niezbyt regularne dodawanie notek :/
Pozdrawiam magicznie wszystkich Czytelników i ich rodziny! XD (tak, Wasz zwierzątka również się do tego zaliczają) :D
A może ktoś z Was będzie w tych dniach w Bieszczadach, w wioskach: Kalnica lub Zatwarnica (beznadziejna nazwa, kojarzy mi się z zatwardzeniem :x)? :D
niedziela, 7 lipca 2013
6. Zgoda i niezgoda.
William
przechadzał się spokojnym krokiem po gruntowych ścieżkach w londyńskim parku
St. James. Ręce schował głęboko do kieszeni jesiennej kurtki. Oprócz niskiej
temperatury panującej na dworze, wiał chłodny wiatr, ciągnący za sobą masy
deszczowej pogody znad oceanu. Nawet kaczki w dużym stawie, ogrodzonym
metalowymi kratami, zebrały się w jedną kupę i wzajemnie ogrzewały. Chłopak,
mimo wyczuwalnego zimna, spacerował beztrosko, oglądając bezlistne drzewa,
które nie były ani trochę interesujące, i nucąc pod nosem jakąś mroczną
melodię, wypuszczając przy tym obłoki białej pary z ust. William właśnie
rozmyślał o ciepłym wrześniu w europejskich krajach, gdy ktoś dotknął jego
ramienia. Zaskoczony drgnął i odwrócił się. Przed nim stał wysoki, mizernie
zbudowany mężczyzna. W mroku nie potrafił dostrzec znaków szczególnych postaci,
na które był uczulony, a nawet koloru włosów czy ubioru. Swoim sprawnym okiem
zauważył jednak obszerny płaszcz na ramionach nieznajomego i zimową, wojskową
czapkę na jego głowie. Uwagę chłopaka przyciągnęło jednak spore wybrzuszenie
materiału płaszcza na klatce piersiowej, w jednej z wielu kieszeni.
–
Synu – odezwał się mężczyzna, podchodząc bliżej. Uważny chłopak odsunął się dwa
kroki w bok.
–
Czego chcesz?
–
Nie poznajesz mnie? – zapytał z chytrym uśmiechem nieznajomy, wkładając rękę w
kieszeń z odstającym przedmiotem. William sapnął:
–
Och, poznaję. I właśnie mnie dziwi, co TY robisz w MUGOLSKIEJ dzielnicy
Londynu. – I po krótkim zastanowieniu dodał: – No i jak mnie znalazłeś.
Mężczyzna
zaśmiał się chrapliwie; widocznie długo przebywał na chłodzie.
–
Williamie. Niestety nie mogę ci powiedzieć, dlaczego MIESZKAM w Londynie –
powiedział ironicznie rozbawiony ojciec. Wyjął rękę z tajemnej kieszeni i
skierował ją w dal. Chłopak zauważył, że trzyma różdżkę. Nagle zabłysło
niebieskawe światło. Ktoś podszedł do Williama od tyłu i złapał go za ramiona.
– Witaj. – Usłyszał syk w mowie wężów.
Jako potomek starożytnego rodu czarodziejów, sięgającego korzeniami aż do
Salazara Slytherina, rozumiał ten język. Zesztywniał. Tak naprawdę, znał tylko
jedną osobę, która odważyłaby się wypowiedzieć w jego stronę mową wężów.
Chłopak bowiem był mocno uczulony na tą mowę; wbrew pozorom, miał bardzo
wrażliwy słuch. – Jeśli nadal twoja propozycja jest aktualna…
William
odwrócił się z nadzieją w stronę napastnika. Skwapliwie pokiwał głową, chcąc
usłyszeć dalszą część wypowiedzi.
– Mam dla ciebie zadanie. Ale –
dopowiedział szybko, widząc, że chłopak otwiera usta – nie byle jakie.
– Oczywiście, oczywiście, że
podejmę się wykonania tego zadania – powiedział gorliwie
William, nadal mową wężów.
Lord
Voldemort spojrzał na niego przenikliwie, wyraźnie chcąc doszukać się
jakichkolwiek oznak kłamstwa. Trzeci mężczyzna, Fredro Salvalez, przyglądał się
sytuacji z satysfakcją, czekając na odpowiedni moment by wkroczyć do akcji. Był
dumny z postawy swojego syna – przypominał mu siebie w młodzieńczych latach.
Również miał pociąg do Czarnej Magii i śmierciożerstwa… Ale on miał do tego
ułatwione zadanie. Przecież ożenił się z siostrą samego Czarnego Pana…
–
Odnajdziesz ją – powiedział szorstko Lord. – I przyprowadzisz.
William
znieruchomiał, chyba ze szczęścia – przecież sam miał tego dokonać. A jego
twarzy wykwitł szeroki uśmiech, szybko jednak schowany pod maską chłodnej
ignorancji. Nie mógł pokazać, że cieszy się na myśl o znalezieniu siostry!
–
Tak jest.
Czarny
Pan skinął głową Fredremu, po czym zniknął w ciemności. Fredro spojrzał swojego
syna. Był dumny, cholernie dumny!
–
Brawo, synu – mruknął niemal czule, poklepując go po ramieniu. Natychmiast się
jednak zreflektował: – Tylko tego nie spieprz.
William
wlepił wzrok w swego ojca, a właściwie w zamiatające po żwirowej alejce poły
jego płaszcza, szybko niknące w przerażającej czerni zarośli. Zamyślił się
przez chwilę. Postanowił jak najszybciej dotrzeć do aktualnego miejsca pobytu
siostry – Hogwartu.
Ruszył
na dworzec King’s Cross, przy okazji zahaczając o jedyny otwarty w tym osiedlu
supermarket. Burczenie w brzuchu przypominało mu, że nadal jest tylko
człowiekiem.
***
Hermiona,
po dogłębnym badaniu, a nawet kilku, zorganizowanych przez nadopiekuńczą panią
Pomfrey, mogła nareszcie wyjść ze Skrzydła Szpitalnego. Jak bardzo marzyła o
tej chwili! Zdołała przez tak niewiele czasu, jaki tu spędziła, przeczytać
podręczniki do eliksirów, transmutacji i mugoloznastwa, a także parę
zniszczonych egzemplarzy największych czarodziejskich dzieł. Co do Blaise’a:
postanowiła, że zrobi to, o czym pierwszym pomyśli na jego widok. Chciała
zaufać sercu, a nie rozumowi.
Szczęśliwa,
niemal podskakując, wyleciała z chorobliwie białego pomieszczenia (nawet
powróciło jej poczucie humoru! „Chorobliwie”! Ha ha!). Ruszyła przez korytarze,
ciągle zaglądając przez mijane okna na błonia. W pewnym momencie zachciało jej
się wyjść na dwór. Tak po prostu. Nie obchodziło ją, że jest zimno, że ma na
sobie same cienkie ubrania, że dopiero co wyszła ze Skrzydła Szpitalnego, że
jest już ciemno i, że obiecała sobie nigdy więcej tam nie wrócić. A chwilę
potem zachciało jej się biegać.
W
szaleńczym biegu, prawie jakby brała udział w ważnym wyścigu, pokonała trasę
dzielącą ją od brzegu jeziora. Okręciła się kilka razy dookoła własnej osi z
rozłożonymi rękami, po czym, śmiejąc się jak szalona, upadła na zieloną trawę,
cały czas wpatrując się w ciemne niebo. Po krótkiej chwili zasnęła.
Miała
wrażenie, jakby ktoś inny kierował jej ciałem. Wiedziała tylko, że poczuła
przymus do otworzenia oczu. Zrobiła to, a nawet wstała i skierowała swoje kroki
z powrotem do zamku. Przeszła przez wiele schodów, nie zważając na powitania
innych uczniów, wracających z kolacji, czy wołań Ginny i Blaise’a. Czuła tylko,
że musi dotrzeć do swojego dormitorium.
Chwilę
później, niczym robot, przerzucała zawartość szkolnej torby w poszukiwaniu
jednej, bardzo ważnej w tym momencie książki. Nagle w jej oczy rzucił się
stara, skórzana okładka dobrze znanego zeszytu. Nie panując nad sobą otworzyła
go. Przekartkowała strony na ostatni wpis. I jedną stronę dalej.
„Tak jak paląca się zapałka,
Życie tli się i umiera.
Pierwsze zamiera ciało,
Nie ma chwili wytchnienia.
Potem mózg
Bodźców z zewnątrz nie odbiera.
A dusza…
Dusza nie umiera.
Idzie do piekła
Lub skrada się do nieba.
Moja zniknie w czeluściach
piekielnych,
Jestem tego pewna.
Za dużo narkotyków
By żyć normalnie.
Nawet jeśli w niebie
byłoby lepiej,
Ja nie chcę tam iść.
To nie moje miejsce.”*
Hermiona
poczuła, że ktoś ją obserwuje. Odzyskała władzę nad swoim ciałem; momentalnie w
gardle powstała jej wielka gula. Ta dziewczyna… Musiała być naprawdę
zdesperowana. Mimo sprzeciwów swojego rozumu, Hermiona zapragnęła dowiedzieć
się więcej o życiu i problemach autorki pamiętnika. Pragnęła przeżyć przygodę,
straszną, niebezpieczną, lecz ekscytującą i niezapomnianą. Hermiona miała swój
„status” kujona, mola książkowego, i to jej odpowiadało. Jednak czasami nie potrafiła
zahamować swoich naturalnych wybryków: od dziecka uwielbiała się bać,
uwielbiała sporty ekstremalne, uwielbiała wszystko, co zakazane. I inne.
„Witaj, jestem Hermiona Granger i
chciałabym poznać Twoją historię.”
Napisała
na kolejnej stronie, mając nadzieję, że dziennik jest stylizowany na ten od
Riddle’a, przez który w drugiej klasie musieli ratować Ginny. Nagle w jej okno
zastukała sowa. Dziewczyna drgnęła wystraszona; nadal miała wrażenie, że jest
obserwowana. Pospiesznie odwiązała zmięty kawałek papieru od nóżki ptaka i
rozwinęła go.
„Witaj, Hermiono!
Przyjaciel”
Dziewczyna
przełknęła głośno ślinę i spojrzała na dziennik. Róg kartki był oderwany.
Przyłożyła do niego liścik i zamarła. Pasował idealnie. Rzuciła go na podłogę
i, nie oglądając się za siebie, wybiegła z pomieszczenia. A tymczasem przez
otwarte okno wleciała jeszcze jedna sowa, tym razem liścik zrzucając na szafkę
nocną Hermiony.
„Najpierw Ty opowiedz mi o sobie.
P.”
***
–
Blaise! Blaise, kurwa! – darł się wysoki blondyn, biegnąc korytarzem w stronę
ostentacyjnie ignorującego go brązowo skórego chłopaka. – Zatrzymaj się!
Chłopak,
nazwany Blaise’em, stanął w miejscu nie odwracając się. Splótł ręce na piersi i
wbił wzrok w kamienną ścianę. Draco dobiegł do niego, wyraźnie zdyszany, i szarpnął
go za ramię.
–
Nie chcę cię stracić – wydyszał, a jego oczy zdawały się ciskać błyskawicami. –
Nie przez jakąś…
–
Nie waż się nazwać jej szlamą! – krzyknął zdenerwowany Blaise. Odwrócił się
gwałtownie w stronę Malfoya, prawie przywalając mu z pięści w twarz. Czuł się
cały nabuzowany gniewem i wiedział, że jeszcze trochę, a wybuchnie. – I do
twojej wiadomości: to przez ciebie, nie Hermionę! Czy ty tego nie widzisz?!
Myślisz tylko o sobie, nikt więcej cię nie obchodzi!
Draco
stał jak wmurowany. Nie spodziewał się usłyszeć takich słów od przyjaciela…
–
Albo wiesz co? – warknął Blaise. – Nie będę zdzierał na ciebie gardła. Zastanów
się nad sobą i przyjdź, kiedy dojdziesz do jakiegoś sensownego wniosku.
I
odszedł. Znowu. Draco krzyknął z bezsilnej złości. Czuł, że traci przyjaciela.
Pomyślał, że dłużej nie wytrzyma, lecz zaraz do jego umysłu wdarła się
zdradliwa myśl: „A co, jeśli Blaise chce
mieć tylko Granger? Jeżeli po prostu nie widzi dla mnie miejsca w swoim
świecie…?” Nie dochodziły do niego nawet pełne oskarżenia słowa
przyjaciela. Był pewien, że jest to winą panny Granger. Dlaczego? Może przez
nienawiść, może przez zazdrość o przyjaciela, a może przez zwykłą chęć
rozładowania negatywnej energii? W każdym bądź razie postanowił, że najpierw
musi ją znaleźć.
***
–
Kto to może być, kto mógłby zrobić mi coś takiego… – mruczał do siebie Ron
Weasley, pragnąć jak najszybciej rozwiązać tę tajemniczą zagadkę. Chociaż
powieki mu się zamykały, a oddech coraz częściej zmieniał w ziewanie, chłopak miał
mile podłechtane ego poprzez Przyjaciela, i nie zamierzał odpuścić. Chciał
pokazać, że nie jest taki ciamajdowaty, za jakiego wszyscy go mają. – Kto to,
kto…
Nagle
przez Pokój Wspólny błyskawicznie przebiegła jakaś postać, jednak Ron nie
zwrócił na to uwagi.
W
kominku, w Pokoju Wspólnym Gryffindoru, wesoło trzaskał ogień. Małe iskierki
rozlatywały się na boki pod wpływem napierającego na nie wietrzyku, sączącego
się z otwartego okna. Na dworze było ciemno i chłodno, dokładnie tak, jak lubił
Ron. Był inny od wszystkich; nie, on CHCIAŁ być inny od wszystkich. Nie
pociągała go zatem słoneczna pogoda ani wizja wakacyjnych wyjazdów. Wolał
przeszywające zimnem, najlepiej deszczowe albo burzowe wieczory od jasnych i
ciepłych poranków. Również niezmiernie denerwowała go muzyka. Każde wcielenie
tych upiornie nieznośnych dźwięków po prostu kaleczyło jego uszy. Nie wiedział
czym było to wywołane, nie miał traum z dzieciństwa. Co było tym szczególniej
dziwne, że podobała mu się Hermiona, która była wcieleniem MUZYKI. To słowo
było dla niego wręcz obrzydliwe. Hermiona grała na instrumentach, śpiewała,
czuła rytm, a w dodatku często ćwiczyła. To była (dla Rona) jedyna wada
Hermiony. MUZYKA.
–
„(…) z Twojego najbliższego otoczenia ktoś spiskuje przeciwko Tobie. Dopóki
go nie unicestwisz, nie będziesz z Granger.” – Ron po raz setny
odczytywał te same słowa z listu od Przyjaciela. Ron był wdzięczny tajemniczemu
nadawcy za takie ważne informacje. A nuż ktoś by zdobył serce brązowowłosej
Gryfonki przed nim?…
Drzwi
za obrazem Grubej Damy, prowadzące do Pokoju Wspólnego, nagle otworzyły się z
głośnym trzaskiem. Wszedł przez nie poobijany i posiniaczony czarnowłosy zbawca
świata.
–
Harry! – wrzasnął Ron. Podbiegł do przyjaciela, w myślach tworząc plan
zablokowania jego zamiarów. Nie był pewien, czy to Harry Potter, jednak… „z Twojego
najbliższego otoczenia”. To
mówiło samo przez się.
***
Hermiona
biegła przez korytarze Hogwartu jak szalona. Gnając przed siebie, w sobie tylko
znane miejsce, czuła, że JEST obserwowana. Może i lubiła horrory, i zawsze w
dzieciństwie marzyła, żeby podobna (straszna) sytuacja przydarzyła się jej, a
nie ludziom w telewizorze, ale gdy już znalazła się pośród takiego wydarzenia,
nie chciała tego. Zdecydowanie przerosły ją liściki od „Przyjaciela” z
odpowiedzią na jej bazgroły.
Nie
zwracając zbytnio uwagi na otoczenie, biegła. Jak najdalej od przerażającego i
tajemniczego dziennika, jak najdalej od cholernych, a zarazem strasznych sów,
jak najdalej od dzikiego świata. Od jej życia.
Nagle
na kogoś wpadła. Wywróciła się na marmurową posadzkę, zwalając z nóg także
drugą osobę. Zrobiło jej się ciemno przed oczami i zakręciło w głowie, jednak
zdołała rozpoznać towarzysza.
–
Blaise… – jęknęła. Poczuła niewyobrażalną chęć wyżalenia się komuś ważnemu jej
sercu. – Blaise, wybaczam, tylko błagam, pomóż mi…
Zabini
wstał szybko i z wielkim uśmiechem wyciągnął rękę w stronę dziewczyny. Co z
tego, że ostro pokłócił się z Draconem, skoro… pogodził się z Mioną!
–
Blaise, chodź… – mruknęła Hermiona, stając wreszcie na nogach. – Musisz mi
pomóc zrozumieć moje beznadziejne życie.
***
–
No i naprawdę nie potrafię zrozumieć, o co może chodzić – jęknęła Hermiona po
opowiedzeniu Blaise’owi całej historii związanej z dziennikiem i Przyjacielem.
Siedzieli
w Pokoju Życzeń zmienionym (na życzenie Hermiony) w duży pokój ze skórzaną
kanapą i kominkiem. Nie było w nim okien, ale na suficie wisiała lampa w
dziecinne wzorki, dająca potrzebne światło. Czarny dywan z czerwonymi akcentami
ścielił drewnianą podłogę. Po dwóch stronach kanapy były dwa stosy poduszek, a
w nich zagrzebani byli Gryfonka i Ślizgon.
–A
może… nie… – mruczał pod nosem Blaise. Nagle podniósł wysoko głowę, a w jego
oczach ujrzeć można było wesołe błyski. – Następnym razem, kiedy zobaczysz coś
w tym dzienniku, przyleć do mnie.
Hermiona
zastanowiła się przez chwilę, po czym na jej twarz wpłynął szatański uśmieszek.
–
Dobra – powiedziała cicho, ale entuzjastycznie i obnażyła swoje białe zęby w
jeszcze większym uśmiechu. – Ale ty odpowiadasz za moje zdrowie psychiczne. To
znaczy – dodała, widząc jak Blaise patrzy na nią bez zrozumienia – wisisz Ginny
odszkodowanie za urazy na mojej psychice.
Blaise
otworzył usta. Patrzył przed siebie, podczas, gdy dziewczyna szybko wstała,
chcąc uniknąć konfrontacji słownej, która zdecydowanie rozpoczęłaby się za
chwilę. Cmoknęła przyjaciela w policzek i uciekła przez dopiero teraz widoczne
drzwi.
A
chłopak siedział tak jeszcze jakiś czas, gdy w końcu pokręcił głową z
niedowierzaniem. „To jest Ślizgonka…”
– pomyślał, i wyszedł w ślad za dziewczyną. Drzwi zatrzasnęły się za nim z
cichym trzaskiem, a róg dywanu lekko się poruszył. Wypełzł spod niego mały
robak, dziwnie się zachowując. Jakby był… robotem albo człowiekiem. Nagle
rozległ się cichy trzask upadania czyichś stóp na podłogę.
–
Zadanie wykonane – rzekła stojąca na miejscu owada postać. Rozglądnęła się
jeszcze raz po pokoju, po czym pomyślała o butelce wody. W końcu cały dzień
była bez picia… Wzięła dwa, trzy łyki i zmieniła się z powrotem w stworzonko.
Wyleciała przez świeżo otwierające się drzwi, za poprzednikami.
***
–
Gdzie znowu zniknęła ta Larysa?… – mruczał niezadowolony Fredro Salvalez,
nerwowo spacerując po gabinecie małżonki. Jak miał przekazać szczęśliwą nowinę
o misji ich syna, skoro jej nigdzie nie było? Zniecierpliwiony, nie wiedział co
ma ze sobą zrobić.
Spacerował
po pokoju w tę i z powrotem. Bardzo chciał zobaczyć minę Larysy, wówczas tak
szczęśliwą i dumną… Nagle potknął się o teleskop, wystający z jednego z wielu
pudeł na ziemi. Rozłożył szeroko ręce, chcąc uniknąć wypadku, lecz zdało się to
na marne; miał wrażenie, jakby w spowolnionym tempie spadał na podłogę. Wtem
poczuł, że coś unosi go w powietrzu. Zdezorientowany rozejrzał się dookoła i
dostrzegł wysoką kobietę, stojącą w otwartych drzwiach.
Wyglądała
dosyć srogo – ciasny kok usytuowany na czubku głowy, długa, ciemna szata
okalająca jej chude ciało, a do tego ostre rysy twarzy i lekko wystający
podbródek. Jej oczy szybko analizowały sytuację, nie pozwalając przegapić ani
jednego momentu całego wydarzenia.
–
Fredro, co ja z tobą mam? – rzekła, udając zmęczony ton. – Ile razy mówiłam ci,
że mam uważać pod nogi? Albo – dodała po chwilowym zastanowieniu – najlepiej w
ogóle nie chodź po tym pokoju. Dobrze wiesz, że nigdy nie ma tu należytego
porządku.
Fredro
stał jak zamurowany. Nie mógł uwierzyć w refleks Larysy; dopiero się pojawiła i
już wiedziała, co ma zrobić. Zawsze był wobec tej kobiety pełen szacunku, ale
teraz do jego uczuć względem niej doszedł jeszcze podziw.
–
La-Larysa? – jęknął niedowierzająco.
–
Nie, twoja matka – obruszyła się, po czym weszła do pokoju, zamiatając po
podłodze połami długiej szaty. Nagle pociągnęła nosem. – Idź się umyj, dobrze
ci to zrobi na nogę. I… zapach.
Fredro
poczuł, jakby jakaś bańka mydlana pękła wokół niego, a on sam obudził się z
dziwnego transu. Mruknął tylko coś niezrozumiale pod nosem, po czym, wciąż
trochę skonfundowany, ruszył do łazienki znajdującej się na trzecim piętrze
domu.
Larysa
westchnęła ciężko, uśmiechając się lekko pod nosem. Zdjęła mocno zawiniętą gumkę
z włosów, rozpuszczając je i łamiąc wszelkie stereotypy. W ciasnym koku jej
włosy straciły na objętości, połysku i zmatowiały. Natomiast, gdy wyjęła
jeszcze parę czarnych wsuwek, jej fryzura odżyła. Nadało to znacznie młodszy
wygląd twarzy Larysy, a także jej uśmiech nabrał bardziej wesołego poblasku.
Sięgnęła
do szuflady nad biurkiem i wyciągnęła z niego, oprawiony ciemną skórą, i zdobiony
w gotyckie wzory, dziennik. Wzięła także pawie pióro i kałamarz z atramentem do
pisania, a następnie usadowiła się wygodnie na fotelu. Obok niego stał
mahoniowy stolik do kawy, na którym rozłożyła przybory. Wyciągnęła z kieszeni
szaty różdżkę i wyczarowała sobie gorącą herbatę z cytryną, po czym przyłożyła
porcelanową filiżankę do ust. Jakież było jej zdziwienie, gdy odkryła, że jej
umysł sam dał ponieść się wyobraźni i marzeniom.
Odstawiła herbatę z
cichym trzaskiem na drewniany blat stolika i otworzyła zeszyt na trzeciej
stornie, nie czytając wcześniejszych wpisów. Nawet do nich nie zaglądając. Umoczyła
stalówkę pióra w granatowym atramencie i zawiesiła ją kilka centymetrów nad
pustą kartką. Spadła pierwsza kropla i na białej stronie powstawał pokaźnych
rozmiarów kleks. Larysa nienawidziła jakiś niedoskonałości na papierze, ale
trudno.
–
Niech tak pozostanie – mruknęła, po czym zabrała się za kreślenie
skomplikowanych wzorów.
***
–
Granger! – zawołał wysoki Ślizgon, widząc dziewczynę na końcu korytarza.
Hermiona
odwróciła się, słysząc swoje nazwisko, ale szybko skierowała swoje kroki na
schody prowadzące do swojej wieży, widząc KTO je wykrzyczał.
–
Granger, chodź tutaj! – wrzasnął po raz kolejny. Usłyszał, jak Gryfonka mruczy
coś pod nosem, a potem podchodzi bliżej niego. Podniosła wzrok swoich zazwyczaj
ciepłych i radosnych oczu na jego twarz. Dracon bezczelnie spojrzał w nie i
dostrzegł tam tylko chłodną arogancję i drwinę.
–
Wiesz, że tracę Zabiniego przez ciebie? – wysyczał.
Hermiona
spojrzała na niego; widząc jego szare tęczówki przepełnione żądzą, jak u
dzikiego zwierza, odsunęła się kilka kroków w tył, starając się zachować
wrażenie pewnej siebie i odważnej osoby. Tak naprawdę przestraszyła się, co ten
chory Ślizgon może jej zrobić w akcie zemsty.
–
Yyy… Malfoy? – zapytała lekko drżącym głosem, za który natychmiast skarciła się
w myślach. – Ty nie chcesz zrobić czegoś… głupiego, prawda…?
Draco
odchrząknął i przysunął się bliżej Hermiony.
–
Och, jasne, że chcę –odpowiedział aroganckim tonem. Jakże bawiła go próba
ukrycia przez Granger swojego strachu…
Dziewczyna
pisnęła cichutko. Rozglądnęła się szybko dookoła. Na korytarzu nikogo nie było,
a mogłaby przysiąc, że jeszcze chwilę temu szedł z nią Blaise, chcąc
odprowadzić ją bezpiecznie do Wieży Gryffindou. W jej myślach zaczęły tworzyć
się różne obrazy, tworzące coraz gorsze możliwości zemsty Malfoya.
–
Ej, Malfoy, daj spokój… Przecież to nie ja… To nie ja jestem Blaise’m, to tylko
jego wybory… – zaczęła, jąkając się ze strachu. – No, DRACO…
Chłopak
warknął i zbliżył się jeszcze bardziej do Gryfonki. Musiała ona poderwać głowę
do góry, by spróbować zmiękczyć chłopaka swoim wzrokiem. Był od niej wyższy o
ponad dwie głowy; Hermiona była dość niska, a Draco wysoki.
–
Draco, Draco, Draco… – usłyszeli nagle wesoły, dziewczęcy głos. Zza rogu
wyłoniła się Pansy Parkinson. Popatrzyła na nich i zamarła. Głos uwiązł jej w gardle.
–
Draco… – powtórzyła po paru sekundach. Nagle w jej oczach pojawiły się gniewne
ogniki. – Puść ją!
–
Pansy, nie puszczę jej, weź się odwal, czy coś – jęknął lekko zrezygnowany
Ślizgon. Taka okazja, a Parkinson musiała wszystko zepsuć! Jeszcze trochę i
pozbyłby się kłopotu na zawsze, a Blaise zrozumiałby, że Hermiona to zwykła
szlama i jeszcze by mu dziękował za zlikwidowanie Gryfonki.
Hermiona
za to odetchnęła z ulgą, wiedziała, że Pansy nie odpuści. Jak dobrze mieć jakiegoś
zaprzyjaźnionego Ślizgona w tej szkole… „Właściwie
to dwóch…” – podsunął jej cichy głosik w głowie. – „Szalejesz, dziewczyno.”
–
Puść ją, bo… bo nie ręczę za siebie – powiedziała Pansy z wyraźnie ślizgońskim
akcentem.
Draco
przewrócił oczami, po czym powoli i niechętnie odsunął się od Gryfonki. Ta
podbiegła do Pansy i uścisnęła ją serdecznie.
–
Dzięki, Parki – mruknęła, już wesoła Hermiona.
Pansy
uśmiechnęła się, słysząc to przezwisko. Kiedyś, kiedy poznały się przez
Blaise’a w szkole, nadały sobie „przydomki” od nazwisk.
–
Nie ma za co, Gran.
Draco
patrzył na to osłupiały. Ślizgonka i… Gryfonka. Pansy i… Hermiona. PARKI i
GRAN? „Merlinie, nigdy nie zrozumiem
kobiet.”
***
*Kolejny mój wierszo-coś tam :D
Witam ponownie! Notki nie było, bo nie było internetu, a teraz władowałam się na komputer brata. Także dedyk dla niego ;* (tak, wiem, że tego nie czytaszi uważasz blogi za bezsensowne, braciszku!) ;D
+ Wielka dedykacja dla komentujących. Miałam trochę notki, ale nie do końca, a jak weszłam na maile na komórce i patrzę: "Nowy komentarz", czytam go i normalnie... Wzruszona jestem ;p.
+ Wielka dedykacja dla komentujących. Miałam trochę notki, ale nie do końca, a jak weszłam na maile na komórce i patrzę: "Nowy komentarz", czytam go i normalnie... Wzruszona jestem ;p.
Jadę sobie za 15 minut nad jeziorko, ta ra ram! :D Cały kosz jedzenia, ponton, badminton, kąpiele i wiejski sklepik. Ahh... No to do zobaczenia w następnej notce.
PS. Liczę na Was ;)
Edit.
Zapraszam Was na konkurs Stowarzyszenia DHL! Konkurs na blog miesiąca: więcej - http://stowarzyszenie-dhl.blogspot.com/2013/07/akcja-blog-miesiaca.html ;)
PS. Dziwnie się poczułam, kiedy zauważyłam nowe opowiadanie, które prowadzi autorka o nicku... Cave Inimicum. Tak sobie patrzę na Stowarzyszenie, a tam: ostatnio dołączyły: Cave. Hm... Wchodzę - Cave Inimicum. Nie wiem, dziwnie mi tak... I w dodatku opowiadanie ma dopiero kilka dni, więc... Kurdę, zaraz mi się zrobi przykro. Łapcie: http://nowe-dramione.blogspot.com/
PS. Liczę na Was ;)
Edit.
Zapraszam Was na konkurs Stowarzyszenia DHL! Konkurs na blog miesiąca: więcej - http://stowarzyszenie-dhl.blogspot.com/2013/07/akcja-blog-miesiaca.html ;)
PS. Dziwnie się poczułam, kiedy zauważyłam nowe opowiadanie, które prowadzi autorka o nicku... Cave Inimicum. Tak sobie patrzę na Stowarzyszenie, a tam: ostatnio dołączyły: Cave. Hm... Wchodzę - Cave Inimicum. Nie wiem, dziwnie mi tak... I w dodatku opowiadanie ma dopiero kilka dni, więc... Kurdę, zaraz mi się zrobi przykro. Łapcie: http://nowe-dramione.blogspot.com/
Subskrybuj:
Posty (Atom)