wtorek, 4 czerwca 2013

Paryż (miniatura)


Moja pierwsza miniaturka! Mam nadzieję, że się spodoba :3 Nareszcie udało się ją dodać... Tymczasem Word zwariował i nie chce mi zmienić czcionki na "ę" i "ą"... >,<



***



Paryż jak zwykle tętnił życiem. Turyści zwiedzali imponujące zabytki, a mieszkańcy korzystali z ruchu i wystawiali budki z rupieciami lub jedzeniem przy zakorkowanych drogach. Malarze siedzieli przy fontannie i tworzyli nowe dzieła. Nawet biznesmeni przystawali obejrzeć bajeczne krajobrazy, czy zakupić mrożoną kawę.

Tymczasem w głównej części Paryżu, przy najlepszym kinie, odbywała się premiera najnowszego filmu światowej klasy. Spiker właśnie wyczytywał nazwiska gwiazd idących po czerwonym dywanie, gdy do barierek dopchał się jeden z inwestorów.

Hermiona Granger!

Biznesmen ujrzał blondwłosą piękność, z gracją sunącą między ochroniarzami. Przystanęła na chwilę, by rozdać parę autografów fanom po jego stronie barierek, więc mógł się jej dokładniej przyjrzeć. Miała duże, brązowe oczy, przykryte zasłoną ciemnych rzęs. Delikatne, różowe usta składały się do uroczego uśmiechu. Blond włosy spięte w wytwornego koka na czubku głowy nadawały jej kobiecości.

Wyciągnął kartkę z długopisem, jednym z lepszych wynalazków mugoli, w stronę aktorki. Ta spojrzała na niego i zamarła. Powróciły wspomnienia... Biznesmen również znieruchomiał. Jak to możliwe, że nie zapamiętał JEJ nazwiska? Otworzył buzię w wyrazie zdumienia. Kobieta odwróciła nagle wzrok i ruszyła lekko nerwowym krokiem w stronę dużej sceny, ustawionej pod telebimem ze zwiastunem filmu.

Do końca premiery nie wydarzyło się nic ciekawego, poleciało tylko parę łez szczęścia, czy poprzytulano się. Gdy Hermiona wyszła na środek podium, by podziękować kolegom z planu i tym, którzy stworzyli film, stało się coś niewiarygodnego. Na czerwony dywan wybiegł jeden z tłoczących się ludzi i wyciągnął różdżkę. Dracon Malfoy, ów urzędnik, rozpoznał w nim jednego z byłych śmierciożerców, Augusta Selwyna.

Zginiesz, suko! wrzasnął i wystrzelił zielony promień zaklęcia uśmiercającego w stronę przyjaciółki Wybrańca. Niczego nie spodziewająca Hermiona stała jak słup soli. Ludzie pouciekali w popłochu, nie wiedząc, że mają do czynienia z magią. Ochroniarze rzucili się na sprawcę zamieszania, ale było już za późno; Avada Kedavra z zawrotną szybkością mknęła w stronę kobiety.

Nagle wszystko jakby zwolniło, a Hermiona obudziła się z transu. Rzuciła się w bok, przetaczając po podłodze za wielką monsterę w glinianej donicy, stojącą w kącie sceny. Kryjąc się za rośliną zerwała długą część sukni, tworząc z niej krótką, użyteczną tunikę. Wyciągnęła zza podwiązki swoją lekko większą niż dziesięć cali różdżkę i przybrała pozycję bojową. Selwyn powoli zbliżał się do miejsca ukrycia aktorki, wcześniej zabijając ochroniarzy i przypadkowych mugoli.

Draco ruszył w pogoń za śmierciożercą. Niestety pomimo prędkości, jaką sobie narzucił, nie mógł zdążyć w odpowiednim czasie dobiec do oficjalnego miejsca zdarzenia. Patrzył, zaciskając usta z wysiłku, jak August podchodzi do Hermiony, jego dawnej miłości, i wali zaklęciem w donicę, która pod jego wpływem rozpadła się na maleńkie kawałeczki. Hermiona rzuciła się w dół i ukryła głowę w dłoniach, chroniąc się przed ostrymi odłamkami. Wychyliła się zza brzegu sceny i krzyknęła:

Drętwota!

Selwyn uskoczył w bok i przybrał wściekły wyraz twarzy. Ryknął gniewnie i rozpoczął pojedynek na śmierć i życie. Rzucił pierwsze zaklęcie (czarno magiczne), lecz Hermiona wyczarowała tarczę.

Draco był coraz bliżej... Jeszcze chwila i dobiegnie! Nagle poczuł się jakby ktoś wylał na niego kubeł lodowatej wody. Selwyn wystrzelił Avadę w stronę biegnącej kobiety, która nie zdawała sobie z tego sprawy.

Hermiona! wykrzyknął, lecz niewiele to dało pośród zgiełku miasta i pojedynku. "Teraz albo nigdy" - pomyślał i zwiększył prędkość biegu. Dopasowany garnitur wielce mu w tym przeszkadzał, więc zrzucił marynarkę nieelegancko na czerwony dywan, po którym biegł. Promień dosięgał prawie pleców kobiety, gdy nagle zniknął. Rozległ się dźwięk towarzyszący zetknięciu czegoś ciężkiego z posadzką po upadku.

Kobieta, wiedziona intuicją, odwróciła się za siebie, a to co zobaczyła przeraziło ją dogłębnie. Przed nią, pośród czerwieni wykładziny, leżał Draco Malfoy. Martwy Draco Malfoy. Jego otwarte oczy ziały pustką, a platynowe kosmyki włosów rozkładały się w nieładzie pośród bladej twarzy mężczyzny. Hermiona upadła przy nim na kolana i złapała jego rękę. Wszystko nagle przestało mieć dla niej znaczenie, nawet dyszący ze złości śmierciożerca, celujący w nią różdżką. Draco, Draco... Przeszłość nie miała już dla niej znaczenia, nawet to jedno, tak bolesne zdarzenie.



"Jasnowłosa dziewczyna została zaciągnięta na błonia Hogwartu przez pewnego bardzo sprytnego Ślizgona.

– Mionuś! – krzyknął ów chłopak, stając pod drzewem nad jeziorem. Złapał zdezorientowaną Hermionę za dłonie i dopowiedział miękkim tonem:

– Co planujesz robić... w przyszłości?

Dziewczyna stała chwilę milcząc i przyglądając się szkockiemu krajiobrazowi, nim się odezwała:

– Właściwie... To mam już załatwioną jedną posadę.

– O, no patrz, nic nie mówiłaś. A jaka to praca? – zapytał Dracon z figlarnym uśmieszkiem na bladej twarzy. Hermionie momentalnie zrzedł mina.

– Nie obraź się, Draco, ale jest to... mugolska posada.

Chłopak zachłysnął się powietrzem. Puścił ręce dziewczyny i spojrzał na nią poirytowanym wzrokiem.

– Znowu chcesz wracać? – zapytał dość spokojnie jak na swój stan.

– Draco, tam się zaczęło moje życie i tam powinno się zakończyć – powiedziała zadziwiająco twardo.

Chłopak pomyślał przez jakiś czas, a potem wydusił bardzo trudne dla niego słowa:

– Jeśli tak, to z nami koniec. Nie będę mieszkał w królestwie mugoli, Paryżu –v dopiero zauważył trzymaną przez dziewczynę zaświadczenie o pracy aktorki. Na podpisie widniało: "John Morrison, Paryż". Hermiona nie mogła tego zrozumieć. Chwyciła chłopaka za ramiona, wypuszczając list na ziemię.

– Draco! Co ty w ogóle mówisz! – krzyknęła, czując coraz szybciej powstającą gulę w gardle. – Przecież to nie oznacz, że… że my…

– Mylisz się! Właśnie o to chodzi – powiedział podniesionym głosem. Był naprawdę wściekły. Chciał założyć z tą dziewczyną rodzinę i darzyć się miłością po kres wieków, a później umrzeć śmiercią naturalną, w swoich objęciach, pozostawiając potomkom zaplanowaną przyszłość i sporą sumę w banku. A ona coś takiego… Draco miał zamiar po szkole zamieszkać z nią w rezydencji Malfoyów, jednej z opuszczonych po bitwie. Paryż. Cholerne miasto mugoli. Dlaczego Hermiona musiała urodzić się akurat TAM?

Spojrzał na nią ostatni raz. Emocje wylewały się z jej oczu razem ze łzami.

–To koniec – powtórzył głuchym tonem. – Koniec…”



Dopiero do niej doszło, że kochała go cały czas. Skrycie, gdzieś w sercu, ale kochała. Pomimo upływu tylu lat, nadal potrafiła rozpoznać jego arystokratyczne rysy twarzy i tajemnicze stalowo-niebieskie oczy. A teraz patrzyła, jak umiera, umiera za nią…

Zaszlochała głośno, nie kryjąc łez rozpaczy. Życie straciło dla niej sens, choć wcześniej żyła ze świadomością niewiedzy o stanie Dracona. Mógł żyć z piękną żoną przy boku i gromadką roześmianych dzieci, mógł umrzeć w samotności w jakiejś małej wiosce… Wersji przebiegu jego życia było mnóstwo, jednak żadna nie miała dla siebie miejsca w głowie Hermiony. Zapomniała o byłym chłopaku i tak miało pozostać, aż do dzisiaj…

Selwyn domyślił się, że kobieta przeżywa wewnętrzny rozłam psychiki. Postanowił, że zamiast ją zabijać, zostawi ją w takim stanie – rozpaczy i ukrywanych dotąd wyrzutów sumienia. Odszedł z miejsca zdarzenia, lewitując zaklęciem wszystkich martwych i poszkodowanych na jedną kupę.

Hermiona nie mogła wytrzymać ze świadomością straty dawnej drugiej połówki. Teraz, gdy odkryła, że nigdy nie przestała go kochać, nic innego nie miało dla niej sensu, poza ich uczuciem. Była pewna, że Draco musiał czuć to samo. Inaczej nie uratowałby jej, znając konsekwencje swego czynu. Nagle wstała, spoglądając na ciało ukochanego. Sięgnęła po różdżkę i wycelowała ją sobie prosto w serce. Z jej oczu poleciało parę łez. Uklęknęła powrotem i złapała go za zimną dłoń.

– Łączę się z tobą w bólu i cierpieniu, Draconie – wyszeptała, po czym rzuciła cicho: – Żegnaj. Avada Kedavra!



Następnego dnia w gazetach na całym świecie można było przeczytać o ataku na premierze filmu „Bling Ring” i o śmierci aktorki. O zginięciu Malfoya można było doczytać się tylko jednej wzmianki: „(…) umarła, trzymając za rękę zwykłego paryskiego biznesmena, Dracona Malfoya, prawdopodobnie przypadkowo na niego upadając (…)”.

***

I jak? Dedyk dla Finite – ona namówiła mnie do wrzucenia jej na bloga. A także dla mojej blogowej mamusi – Shadii, aby wreszcie powróciła do stanu optymistycznego nastawienia do życia! :)
Pozdrawiam Wszystkich bardzo cieplutko i zapraszam na 5 rozdział, jeśli ktoś nie czytał.

Cave

sobota, 1 czerwca 2013

Sowia poczta.


Hej... Mam problem. Chciałam wrzucić mianiaturkę, ale żaden tekst nie wyświetla się po opublikowaniu. Wie ktoś o co może chodzić? Jeśli tak, to proszę o szybkie odpowiedzi.
Pozdrawiam,
Cave c:

czwartek, 30 maja 2013

5. Spiski.


– Blaise, ja… – zawahała się dziewczyna, patrząc w oczy przyjaciela. Ujrzała w nich nagły błysk strachu. Nie wiedziała, co powiedzieć. To działo się tak szybko… Nie chciała go zranić, a jednocześnie też nie uśmiechało jej się dawać mu nadziei. – Muszę pomyśleć.
Blaise stał chwilę bez ruchu. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Jednak we wnętrzu chłopaka, dokładniej w sercu, kłębiło się ich masę. Zależało mu na tej dziewczynie, odkrył to ponownie. Wcześniej wydawało mu się, że przez jej krew jest gorsza, że w Hogwarcie już nie może się z nią zadawać. Teraz zrozumiał, jak bardzo się mylił… Ona nigdy się nie zmieniła. Cały czas była cudowną, małą i wrażliwą dziewczynką, jak wtedy na placu zabaw, gdy ją poznał. Doszło do niego, jak bardzo musiał ją zranić, zrywając wieloletnią, piękną przyjaźń. Została w szkole sama, dopiero później trzymała się z Potterem i Weasley’em. Teraz, kiedy to sobie uświadomił, chciał naprawić swoje błędy. I zamierzał tego dokonać.
Hermiona nie miała pojęcia, co zrobić. Przez wszystkie lata tęskniła za przyjacielem z dzieciństwa, ale przyzwyczaiła się. Czy się bała? Może jedynie tego, że znów ją zawiedzie. Że znowu odejdzie… Przewróciła się na łóżku szpitalnym przodem do białej ściany.
– Idź już, proszę – powiedziała łamiącym się głosem. Chłopak popatrzył na nią ze smutkiem, po czym wyszedł.
Na korytarzu spotkał panią Pomfrey, cały czas siedzącą w tej samej pozycji i mamroczącą coś pod nosem. Machnął tylko ręką, idąc przed siebie. Chciał być sam, potrzebował sporządzić jakiś plan, coś, co mu pomoże odzyskać Hermionę. Gdy dotarł nad jezioro, zobaczył tam swojego kumpla. Podszedł do niego, po drodze zbierając płaskie kamienie i stanął obok Dracona. Rzucił pierwszy kamień na spokojną taflę jeziora, robiąc kaczkę.
– Od kiedy tak ci na niej zależy, co? – zapytał ze słabo ukrywaną złością Draco. Nie spojrzał na przyjaciela, nie chciał go widzieć. Zabini milczał. Nie miał ochoty spowiadać się Malfoyowi, wiedział, że ten by go nie zrozumiał. Był zbyt przesiąknięty arystokracją.
– Pytam, kiedy zacząłeś się nią przejmować! – podniósł głos. Draco nie cierpiał, kiedy ktoś go ignorował. Tym razem Blaise zareagował. Wyrzucił wszystkie kamienie do wody i szarpnął zdezorientowanego blondyna za ramię. Był wściekły, a Draco nie wiedział dlaczego. Przerażało go to.
– Słuchaj! Nie wiesz nic o mojej przeszłości, nawet się tym nie interesowałeś! – krzyczał Diabeł. – Więc jeśli masz zamiar prawić mi jakieś morały, to sobie odpuść i daj mi święty spokój!
Odszedł z powrotem do zamku. Draco zapatrzył się w dal, na niknące we mgle krajobrazy szkockich gór. Nie miał pojęcia, o co chodziło jego przyjacielowi, ale wiedział, że miał on rację. Niezbyt się nim interesował, to on, Dracon Malfoy, był na pierwszym miejscu. Nagle do niego doszło, że nie zasługuje na Blaise’a. Zabini wytrzymał przy nim tyle lat, dostosowując się do jego przyzwyczajeń i charakteru.
Podniósł jeden z kamieni, wyrzuconych przez wzburzone jezioro na brzeg. Przyjrzał mu się dokładniej. Nagle podniósł swój wzrok na okna Wieży Astronomicznej i olśniło go. Już wiedział, że musi zawalczyć. Nie chciał stracić jedynej lojalnej mu osoby. Usiadł powoli obok przybrzeżnej kępki trawy, cały czas myśląc o swoim postanowieniu.

***
William pochylał się nad przezroczystą cieczą w szklanej misie. Wirowały w niej rozmyte obrazy, tworząc różne sceny. Chłopak trącił różdżką jedno wspomnienie. Obraz na nim zastygł, przedstawiając twarz młodej dziewczyny. William uchwycił końcem magicznego patyka niebieską nić wspomnienia i włożył ją sobie do głowy. Już wiedział, jak wygląda jego siostra. Teraz musi tylko ją znaleźć.
Wyprostował się gwałtownie. Zamyślił się, wykonując swój tik – pocieranie kącika ust. Sięgnął po torbę podróżną i przygotowane wcześniej ubrania. Był pewien, że musi wyruszyć już teraz. Przeszedł do kuchni po prowiant i małą apteczkę. Gdy spakował ostatnią butelkę zbawiennego płynu – wody – wyszedł do przedpokoju małego mieszkania. Po raz ostatni spojrzał na swoją kwaterę. Wyglądała dość przygnębiająco: ciemne ściany z wieloma widocznymi zadrapaniami, podłoga nie wyłożona żadnymi panelami, meble przypalone najprawdopodobniej od dawnego pożaru, a okna przysłonięte ciężkimi kotarami. Było mu ciężko, że opuszczał to miejsce. Pomimo jego niejakiej obskurności, przywiązał się do niego.
– No to jadę – westchnął cicho pod nosem, zamykając podniszczone drzwi na klucz. Zszedł po schodach na dół. Na niższych piętrach zatrzymywali go magiczni sąsiedzi, aby życzyć mu powodzenia; plotka o jego wyjeździe w celu odnalezienia siostry widocznie się już rozprzestrzeniła. Gdy wyszedł wreszcie na zewnątrz, uderzył w niego zimny podmuch wiatru. Choć był dopiero wrzesień, to na północy kraju panowała dość mroźna atmosfera. Niektóre okna czy dachy tych mugolskich wynalazków, samochodów, były oszronione. Śnieg co prawda nie spadł, ale powietrze było zdecydowanie zimowe. Jedyne, co w takiej pogodzie nadawało się do uznania, to krajobrazy. Chłopakowi szczególnie przypadł do gustu jeden, który można ujrzeć było z wysokiego pagórka niedaleko za miastem. Białe szczyty gór okryte kłębiastymi chmurami, a w dole rozciągające się po horyzoncie błyszczące, srebrzyste jezioro. Lubił zapatrywać się w ten widok i myśleć. To wyzwalało jego wewnętrzny charakter. Przy innych ludziach musiał udawać szczęśliwego realistę. Dopiero na samotności lub przy osobach jego pokroju mógł być sobą. Przy śmierciożercach.
– Taxi! – zawołał, machając ręką na żółte auto. Zatrzymało się, a on wpakował swój bagaż na tylne siedzenie.
– Bierze pan też dłuższe trasy?
Kierowca spojrzał na Williama spod przymrużonych powiek. W myślach kalkulował, czy to by mu się opłacało.
– Zależy dokąd – warknął w końcu. Nie był zbytnio zainteresowany tą podróżą. Chłopak wyglądał na podejrzanego.
– Do Londynu – odpowiedział beztrosko William, jakby mówił o przejażdżce na drugi koniec miasta. Taksówkarz zamarł. O czym on bredzi? Stąd do stolicy Anglii jest jakieś czterysta mil!
– Bez urazy, ale czy pan oszalał? Taksówki nie przemierzają takich odległości!
William wyciągnął różdżkę i przystawił ją mężczyźnie do gardła. Kierowca myślał, że to nóż, a chłopak jest zdesperowanym narkomanem. Ze strachu ścisnął mu się żołądek, a bicie serca zwiększyło swoją prędkość.
– To jedzie pan, czy nie? – syknął do ucha przerażonego mężczyzny, który gorliwie pokiwał głową, nie będąc w stanie się odezwać. William opuścił różdżkę, uśmiechając się z satysfakcją, i rozłożył się wygodnie na siedzeniu.
– No to do przodu! – zawołał.

***
Hermiona leżała, wpatrując się przed siebie. Nie wiedziała, co ma robić. Z jednej strony pragnęła wybaczyć Blaise’owi, znów poczuć, że ma prawdziwego przyjaciela od serca, ale z drugiej… Bała się, że znowu ją zrani. W dodatku przyjaźni się z Malfoyem, co na pewno nie jest dla niej dobre.
– Eh… – westchnęła cichutko. Dlaczego to musi być takie skomplikowane?
Nagle do Skrzydła Szpitalnego wparował dyrektor. Nie zatrzymał się przy jej łóżku, ale pogodnym spojrzeniem ciepłych oczu sprawił, że w dziewczynie wzrosła nadzieja. Wszedł szybkim krokiem do kantorka pani Pomfrey. Hermiona nie wiedziała, co tam robił, ale po chwili zobaczyła go, niosącego biały fartuch i tacę z eliksirami.
– Panie profesorze… – zaczęła, lecz nie dane było jej dokończyć.
– Proszę nie pytać, panno Granger – powiedział, a na widok jej zdziwionej miny, dodał: – Powszechnie mówi się, że kto pyta, ten nie błądzi. Jednak w tym momencie pani nie może wstawać z posłania, a więc nie zgubi się pani. Radzę w takim razie nie pytać.
Dumbledore wyszedł, a Hermiona siedziała na łóżku z otwartymi ustami i rozszerzonymi źrenicami. Coraz mniej rozumiała tego człowieka. Pokręciła głową z politowaniem i zajęła się lekturą wspaniałej czarodziejskiej książki o wdzięcznym tytule „Ona i On”.

 ***
 
Ron siedział przed kominkiem w pokoju wspólnym Gryffindoru. Co chwilę jego umysł nawiedzały straszne sceny z udziałem jego i Hermiony. Po bladym policzku chłopaka spłynęła mała, ledwie zauważalna łza. Zawierała w sobie tyle bólu, tyle cierpienia… Kochał Hermionę. Kochał ją od pierwszej klasy, a wyzwanie jej w pamiętny dzień, kiedy zaatakował ją troll, było próbą odwrócenia myśli od jej skromnej osoby. Wiele by dał, by być z Hermioną, jednak chyba naprawdę do niczego się nadawał, skoro wolała nawet Malfoya… Co prawda Ron nie wierzył, żeby akcja w pociągu z udziałem dwóch znienawidzonych przez siebie ludzi mogła być czymś więcej, ale… Gdy teraz tak sięgał pamięcią do zmierzchłych czasów, nie umiał znaleźć obrazu, w którym Hermiona w ogóle by go przytulała. Kolejna blada łza spłynęła po jego obliczu. Nie mógł mieć dziewczyny, którą kochał. Powód był dziecinnie prosty, a jednak jaki rozległy. Nie kochała go. To raniło chłopaka najbardziej. Miłość jego życia, będąca praktycznie na wyciągnięcie ręki, nie chciała go. Teraz pojawiła się jeszcze Heks… Ron miał nadzieję, że dziewczyna pomoże mu z tą całą zagmatwaną sytuacją odnośnie Hermiony. Widział w Heks przywódczynię, kobietę nagminnie łaknącą sukcesu i władzy. Imponowało mu to, choć sam nie wiedział dlaczego. Po kilki dniach zastanawiania się na wakacjach, nigdy do tego nie powrócił.
Westchnął ciężko, rozprostowując kości. Przeciągnął się leniwie, a opuszkami palców starł niewidoczne ślady po słonych łzach. Wyjrzał przez okno i zobaczył za nim dość wielu uczniów; widocznie lekcje się skończyły. Nagle w szybę zastukała sowa. Ron podszedł i uchylił okiennice, pozwalając ptakowi wlecieć do środka i zrzucić paczkę z listem na stół. Chłopak chwycił przesyłkę i dając sowie jedno z ciastek, pozostawionych przez nieuważnych uczniów, poszedł do dormitorium. Rozerwał kopertę pospiesznie, ponieważ był ciekaw jej zawartości. Wypadł z niej zażółcony ze starości pergamin. Ron rozwinął go i przeczytał:
 
Ronaldzie Weasley!
Jak dowiedziałem się z pewnych źródeł, jesteś… „zakochany” w Hermionie Granger. Uważaj jednak, bo z Twojego najbliższego otoczenia ktoś spiskuje przeciwko Tobie. Dopóki go nie unicestwisz, nie będziesz z Granger. Po co zwlekać? Nie wiem dokładnie, co to za osoba, ale jestem pewien, że ktoś taki jak Ty, musi sobie poradzić.
Przyjaciel”

***
– Korneliuszu, tak nie może być! – zawołała zdesperowana Dolores Umbridge. Jej skrzeczący głos roznosił się echem po ponurym korytarzu Ministerstwa Magii. Idący przed nią szybko człowiek odwrócił się nagle, tak że mało brakowało, aby na niego wpadła. Jego twarz oszpecona wieloma zmarszczkami wygięła się w grymasie zniecierpliwienia.
– Dolores, dobrze wiesz, że nie mogę już nic zrobić – rzekł zmęczonym tonem. Różowe usta byłego Inkwizytora Hogwartu otwarły się w wyrazie oburzenia.
– Mówiłam ci mnóstwo razy! – krzyknęła, po czym dodała ciszej, łapiąc go za ramię: – Namów chłopaka.
Korneliusz wyszarpnął rękę z uścisku jej równie różowych co usta, szponów.
– Sama wiesz, że próbowałem – syknął. – Teraz rządzi tu Rufus. Ja nie mam nic do gadania.
Oboje zamyślili się głęboko, nie zauważając nagłego przyjścia obecnego Ministra Magii. Rufus stając obok nich, zdołał dostrzec nerwowe mruganie powieki Dolores i bawienie się cytrynowo zielonym melonikiem przez Korneliusza, zanim te tiki zostały zastąpione przywitaniem go. Widocznie coś spiskowali. Wbrew opinii dawnego Ministra, Scrimegour był człowiekiem bardzo bystrym i dokładnym. Potrafił dostrzec każdy najmniejszy detal, nawet, jeśli nie miał on dla innych zbytniego znaczenia. W młodości, gdy nie wiedział jeszcze o swoich czarodziejskich mocach, chciał zostać detektywem. Całe dzieciństwo przygotowywał się do tego zawodu pod czujnym okiem wujka, a że był człowiekiem ambitnym i pracowitym, szło mu całkiem nieźle.
– Witamy, pani Ministrze – rzekła Umbridge, z niepowodzeniem starając się ukryć ironię. Rufus spojrzał na nią lekko zamglonym wzrokiem. Słysząc jednak niegrzeczne chrząknięcie pracownicy Ministerstwa, oprzytomniał.
– Tak, tak, witam – odpowiedział, próbując okazać choć trochę zmieszania. Przeniósł wzrok na Korneliusza Knota.
– Knot, czy nie powinieneś być już poza Ministerstwem? – zapytał z kpiną, wyraźnie sobie z niego drwiąc. Korneliusz nie poprzestał bawić się melonikiem.
– Bo widzisz, Rufusie… – zająknął się lekko, a na jego twarzy ukazał się delikatny rumieniec wstydu. – Nie mógłbyś zapewnić mi jakiejś… dodatkowej ochrony? Znaczy, bo wiesz, nie chciałbym natknąć się na paru… mniej cywilizowanych ludzi.
Rufus parsknął szyderczym śmiechem.
– Knot, czy ty naprawdę myślisz, że ktoś wyszedłby na ulicę w tych czasach tylko po to, żeby cię zaatakować?
Policzki Korneliusza Knota zalał jeszcze większy rumieniec zażenowania. Spuścił głową, przestając na chwilę machać kapeluszem.
– Ale jeśli tak bardzo nalegasz… – powiedział Scrimegour, przedłużając wypowiedź z wyniosłym wyrazem twarzy. – Mogę wypożyczyć ci aurora na pół godziny.
Potoczył jeszcze wzrokiem po  korytarzu, jakby chciał powiedzieć: „Nietaktownie jest stać na środku korytarza i spiskować”. Odwrócił się, zamiatając podłogę połami ministerskich szat i odszedł do swojego gabinetu.
Milcząca do tej pory Dolores również postanowiła się zbierać. Przecież musiała pracować, a że była osobą wręcz obsesyjnie wykonującą zadane jej polecenia, chciała wykonać wszystko perfekcyjnie. Mruknęła parę słów pożegnania do upokorzonego Korneliusza, a na odchodne rzuciła:
– Słodko wyglądasz w tych różowiutkich rumieńcach – i chichocząc niczym mała dziewczynka, żabim krokiem poczłapała do piętra swojego Departamentu. Korneliusz zakrył twarz melonikiem. Był strasznie zawstydzony.
Idąc blisko ścian i unikając ludzi, dotarł do wyjścia z Ministerstwa. Czekał na niego już jeden auror, niezbyt przyjaźnie nastawiony.
– Chodźmy – rzekł grobowym głosem John Dawlish, popychając byłego Ministra do przodu.
– Ej, Dawlish, nie pozwalaj sobie za wiele! – wykrzyknął wzburzony Knot. – Byłeś moim osobistym ochroniarzem, trochę szacunku!
Auror, nie zwracając uwagi na słowa zwierzchnika, wepchnął go do powoli zamykającej się windy.

***
Harry Potter maszerował samotnie przez obecnie opuszczone korytarz Hogwartu. Jego głowę zaprzątały myśli związane z dzisiejszą Transmutacją. Pomimo usilnych starań, nie zdołał sobie przypomnieć niczego podejrzanego, zanim TO się stało… Niestety będzie musiał rozczarować profesor McGonagall, która kazała im pozbierać wszelkie informacje na temat zdarzenia.
Harry wyglądał przez mijane okna na błonia. Krajobraz migał mu przed oczami, więc nie zatrzymywał na niczym wzroku. Jednak nagle obraz jakby spowolnił. Dostrzegł platynową czuprynę Malfoya, siedzącego nad jeziorem. Wtem jego umysł zalały urywki zdań: „On jest śmierciożercą. Na miejsce swojego ojca.”, „To była lewa ręka. On ma na niej Mroczny Znak.” No tak! Przecież Malfoy MUSIAŁ być śmierciożercą. A teraz jest sposobna sytuacja, by to sprawdzić. Taka okazja więcej może się nie powtórzyć.
Zbiegając po marmurowych stopniach na najniższe piętro, potknął się o kawałek szmatki podrzuconej mu pod nogi przez Irytka.
– AUU! – wrzasnął na całe gardło, w myślach przeklinając poltergeista. Sturlał się po schodach na sam dół, wlepiając wzrok w sufit. Po chwili wstał i rozejrzał się dookoła. Wtedy naszła go myśl, że Sala Wejściowa jest całkiem ładna. Była dość duża, ale za to bardzo wysoka; sklepienie ginęło w mroku wysokości. Płonące całą dobę pochodnie nadawały pomieszczeniu czerwonawy blask. Po lewej stronie wielkich wrót wejściowych znajdowały się mosiężne drzwi do Wielkiej Sali, a po prawej – cztery klepsydry ze szlachetnymi rubinami, informującymi, ile punktów ma jaki dom. Powstawała wokół nich intrygująca poświata, zmieszana z głównych kolorów domów. Po drugiej stronie, w kamiennej posadzce, widniały korytarze do zamkowych lochów i kuchni.
Harry, podziwiając konstrukcję pomieszczenia, nie zauważył, kiedy na dworze nastał zmrok. Z zachwytu wyrwało go dopiero skrzypienie otwieranych wrót wejściowych. Spanikował, obawiając się, że może to być któryś z nauczycieli, co gorsza – Snape. Dlatego poczuł, jak kamień spadł mu z serca, gdy ujrzał błysk białych włosów Malfoya. Znów poczuł się przepełniony po brzegi Felix Felicis.
Wyszedł z kąta, zachowując ostrożność i ciszę. Szarpnął Malfoya za ramię, chcąc go nastraszyć, lecz ten nie dał się zaskoczyć.
– Potter… Myślałeś, że cię nie zauważę? – zapytał sarkastycznie Draco. Złapał Harry’ego za rękę i wykręcił do tyłu. Chłopak pod wpływem bólu zgiął się w pół. Poczuł, jakby Malfoy własnoręcznie połamał mu wszystkie kości w ręce!
– Ja wiem… – zaczął Harry lekko szaleńczym tonem. – Wiem, wiem, że jesteś… ŚMIERCIOŻERCĄ!
Malfoy puścił jego rękę i walnął go z pięści w nos. Patrzył na Wybrańca z wyraźnym gniewem w oczach. To już nie były żarty.
– Jak śmiesz, Potter?! – wykrzyczał, po chwili milknąc, kiedy uświadomił sobie, że cisza nocna już dawno obowiązuje. – Nawet nie wiesz, o czym mówisz!
Kopnął go w brzuch. Harry stęknął z bólu i upadł na brudną posadzkę. Malfoy zaczął okrążać leżącego dookoła, uśmiechając się szyderczo.
– Nie masz żadnych dowodów ani nawet podstaw.
Nagle Harry coś sobie uświadomił. Przecież wtedy na wakacjach…
– Mam! – powiedział donośnie, wyraźnie ucieszony. – A właśnie, że mam!
Malfoy zatrzymał się. Harry’emu wydawało się, że dostrzegł na twarzy wroga cień lęku, ale równie dobrze mogło to być spowodowane rzucającym cienie światłem pochodni.
– Nie obchodzą mnie twoje nieprzemyślane urojenia, Potter – warknął zniecierpliwiony Ślizgon. Popatrzył na klepsydry domów. Slytherin prowadził nad innymi domami znaczną liczbą punktów.
– I jak, Potter? Jak to jest zawsze przegrywać, co, Gryfonie od siedmiu boleści? – kpił. Poniżanie innych sprawiało mu niemałą przyjemność. Obrócił się twarzą do kwiczącego z bólu Harry’ego. Jego wargi wykrzywiły się w grymasie obrzydzenia i pogardy. – Strzeż się.
Odchodząc niby przypadkiem zgniótł butem okulary w drucianych oprawkach Harry’ego Pottera. Będąc na początku korytarza prowadzącego do lochów, spojrzał na słynnego „bohatera”. Po raz kolejny poczuł się zwycięzcą.

***

Ciemnowłosa kobieta kreśliła coś szybko na pożółkłych stronach dziennika. Na jej twarzy co chwilę pojawiał się grymas bólu i cierpienia. Mężczyzna, obserwujący ją z drugiej strony obszernego pokoju, w którym się znajdowała, nie mógł znieść tego widoku. To nie tak miało wyglądać…
– Laryso – zaczął, podchodząc do niej powoli, a kobieta uniosła głowę znad zeszytu na znak, że słyszy – tak nie może być! Dobrze wiesz, że to, co robisz, jest złe.
Kobieta nazwana Larysą prychnęła cicho pod nosem, ale udzieliła swoją uwagę słowom mężczyzny.
– Ona się musi sama dowiedzieć. Zresztą – dodał i pochylił się nad kobietą, i wyjął jej z ręki zamoczone w atramencie piór – co ty tam wypisujesz tyle czasu?
Larysa momentalnie zakryła zapisane strony dzienniku swoimi bladymi dłońmi i zacisnęła usta w wyrazie lekkiej dezorientacji albo oburzenia. Mężczyzna parsknął i odchylił się do tyłu.
– Fredro, przestań. Wcale ci na niej nie zależy, tylko udajesz… – zaczęła kobieta dość przemądrzałym tonem, zadzierając nos wysoko do góry. Fredro wykorzystał tą okazję i podniósł Larysę z krzesła, tym samym odsłaniając zapisane stronice. Larysa wierzgała się na jego ramionach niczym małe dziecko, jednocześnie mocno krzycząc.
Fredro z każdą linijką przeczytanego tekstu coraz bardziej bladł. Na jego twarzy można było doszukać się cieniu przerażenia, w oczach bezradności. Wiedział, że nie da rady wybić jej z głowy takich durnych pomysłów. I dlatego postanowił działać, dopóki nie wydarzyło się nic większego. Nie robił tego dla córki, o nie, ona go nie interesowała. Jednak syn, to co innego, a że był przywiązany do swojej siostry…
Odstawił Larysę bezpiecznie na posadzkę, a sam skierował swoje kroki do tajemniczego gabinetu na końcu korytarza. Nikt oprócz niego nigdy nie był w środku…
Wszedł, zamykając za sobą drzwi na klucz. Na środku gabinetu stało wielkie dębowe biurko, a przy ścianach dominowały regały z dziwnie wyglądającymi księgami i ingrediencjami do eliksirów. Po podłodze walały się kartonowe pudła po najnowszych przesyłkach. Posadzka wykonana z szarego kamienia idealnie komponowała się z przykrytymi czerwoną cegłówką ścianami. Sufit upstrzony był milionami gwiazd; oddawał nocne, bezchmurne niebo.
Fredro podszedł do regału naprzeciwko drzwi i wyjął z niego starą, podniszczoną księgę w zielonkawej okładce. Przekartkował ją na zaznaczoną wcześniej stronę i wyjął z pod blatu biurka mosiężny kociołek. Nalał do niego wody i ustawił na gaz. Zaczął po kolei dosypywać składniki. Już wiedział, co powinien zrobić…
Nagle w jego umyśle zaczęła formować się scena z udziałem jego córki i Czarnego Pana. Że też wcześniej o tym nie pomyślał… Sięgnął po czarodziejski nadajnik, schowany w dolnej szafeczce, i wystukał na klawiszach numer różdżki swojego przywódcy.
– Panie? – zapytał, siląc się na spokój; nie mógł zdradzać swojego podenerwowania całą sprawą. Z prymitywnego różdżko-podobnego telefonu czarodziejów rozległ się zimny jak lód głos Voldemorta:
– Kto śmie zakłócać mój czas prywatny?
Fredro Salvalez nie zląkł się. Był przyzwyczajony do, może się wydawać, dziwnych pobudek Czarnego Pana, a co więcej, nie przeszkadzało mu to.
– To ja, Panie, Fredro Salvalez – oznajmił opanowanym tonem. – Odnalazłem silną potrzebę podzielenia się z tobą, Panie, pewnym poważnym pomysłem.
Przez chwilę panowało milczenie, którego Fredro nie przerywał, mając świadomość, że Czarny Pan namyśla się.
– Mów – wysyczał w końcu Voldemort.
– Dziwnie jest mi to mówić, ale musimy odnaleźć moją córkę, Panie, ponieważ miałem kolejną wizję o tym, że warto by na nią uważać… – odpowiedział nieco rozdrażniony faktem posiadania takiej córki pan Salvalez. 
^***^
Hej! Witam Was ponownie po mojej dość długiej nieobecności. Przepraszam, ale w mojej szkole zaczęło się poprawianie ocen, więc jest trochę z tym roboty… W międzyczasie maluję jeszcze obraz, mam na niego tylko tydzień -.-. Czy nauczyciele od plastyki nie wiedzą, że dzieła tworzy się niekiedy latami? :D
Mam nadzieję, że pozostawicie swoją opinię w komentarzu. Każdy jest dla mnie bardzo ważny. To dzięki Wam, Kochani Czytelnicy, ta notka pojawia się dzisiaj, a nie jutro, czy pojutrze.
 Pozdrawiam Wszystkich bardzo cieplutko, a notka dedykowana jest Wam!
 Cave

PS. Mi rozdział się podobał, pomimo, że może było w nim zawartych zbyt wiele różnych wątków. Powoli (bardzo powoli) będę wyjaśniać rzeczy zawarte w poprzednich rozdziałach. Jeszcze raz pozdrawiam i DZIĘKUJĘ ZA KOMENTARZE!
PS. 2. Przepraszam za nierówne akapity, ale mój Blogger zwariował i nie chce mi przyjąć poprawnej wersji z Worda... :c