WAŻNE! Zmieniam swój nick na: Cave Inimicum. Jest to zaklęcie, które wyczarowuje barierę sygnalizującą pojawienie się w okolicy innych osób. Moja
nazwa, Mionka M., wydała mi się taka... Pospolita? Zwyczajna? Nie wiem, ale bardzo
mi się podoba nowa nazwa. :D
Zmieniłam także zdjęcie
profilowe, ponieważ strasznie mi się spodobało. :D
***
Ciemna
postać żwawo maszerowała przez mroczną aleję. Wyglądała na nieco zdenerwowaną,
a może nawet przestraszoną. Swe kroki kierowała do opuszczonego domu, stojącego
pośród zarośniętego ogrodu. Sam budynek prezentował się dość marnie. Dolne okna
zabite były poziomymi, spróchniałymi deskami, a górne szyby zostały powybijane
z metalowych krat. Obdrapany tynk odłaził płatami ze ścian. Niegdyś czerwone
dachówki pokryte były czarnymi glonami i obleśną, brązową mazią. Wiele z nich,
potłuczonych, dostrzec można było na podjeździe przed domem. Z lewej strony
budynku, w ścianie, wyżłobiona była wielka dziura pochłaniająca całe boczne
skrzydło posiadłości. Jednak pomimo strasznego wyglądu, idąca osoba nie zlękła
się i wkroczyła do budynku stanowczym krokiem przez rozwalone drzwi.
Przystanęła na chwilę w miejscu, rozglądając się dookoła z trwogą. Hol wcale
nie prezentował lepiej. Schody prowadzące na wyższe kondygnacje przywalone były
gruzem i odłamkami drewnianych mebli. Na podłodze pokładały się ogromne ilości
potłuczonych drobiazgów, poszarpanych tkanin i połamanych desek. Postać
przełknęła głośno ślinę. Nagle usłyszała trzask dochodzący z góry. Wzięła
głęboki oddech i podniosła drabinę leżącą obok zniszczonego fortepianu.
Przystawiła ją do ściany i wdrapała się ostrożnie po chybotliwych szczeblach
pod łuszczący się sufit. Popukała chwilę w twardą powierzchnię, aż usłyszała
charakterystyczny pusty dźwięk. Na jej twarzy wykwitł uśmieszek pełen
satysfakcji. Powoli otworzyła klapę. Na jej twarz padł zabłąkany promień niebieskawego
światła. Był to młody chłopak, może szesnastoletni, o czarnych oczach i
ciemnych włosach. Miał lekko zarysowaną, trójkątną szczękę i bladą cerę. Był
mocno przejęty i przestraszony. Niezgrabnie wygramolił się przez klapę na
brudną podłogę. Gdy stanął pewnie na nogach, spojrzał w kąt pokoju. Na
metalowym krześle, owiniętym w różne poszarpane koce, siedział człowiek w
średnim wieku. Ponieważ był skąpany w cieniu, chłopak nie mógł zobaczyć jego
twarzy. Siedział nieruchomo, milcząc. W końcu odwrócił w jego stronę swoją
głowę. Wyglądem przypominał węża, aczkolwiek było to na pewno złudzenie.
Chłopak był pewny, że siedzi przed nim człowiek. Miał delikatnie zabarwioną
skórę na niebiesko, także wyglądał dość... niecodziennie. Czerwone oczy
mężczyzny świecił lekko w blasku świeżo zapalonej świecy. Wstał i podszedł do
lekko zestresowanego młodzieńca.
–
A więc to jest mój siostrzeniec, William Salvalez...
Okrążył chłopaka
dookoła. Ten postanowił nie zdradzać, jak bardzo się boi – nie chciał źle
wypaść. Stał sztywno, twardo wpatrzony w jeden punkt przed sobą. Czarny Pan
uniósł bezlitosnym ruchem jego podbródek i spojrzał mu głęboko w oczy, używając
legilimencji. Chciał sprawdzić, czy ten chłopak, jego RODZINA... "Jak
dziwnie to brzmi" – pomyślał Voldemort. "Rodzina..."
Czy chłopak ma czyste zamiary, czy jest wysłannikiem Dumbledore'a? Nie zauważył
w jego umyśle niczego podejrzanego, ale postanowił pogrzebać jeszcze w jego
wspomnieniach. Nagle zatrzymał się na jednej myśli. Przedstawiała ona chłopca i
dziewczynkę, idących ulicą...
"Mała, brązowowłosa dziewczynka skocznym krokiem przemierzała
ciche ulice Londynu w towarzystwie równie młodego chłopca. Co jakiś czas
zatrzymywała się, zbierając z ziemi kasztany i wybierając co ładniejsze liście;
chciała zrobić z nich bukiet. Czarnowłosy chłopiec w milczeniu przyglądał się
jej poczynaniom. Widać było, że był osobą mało towarzyską. W panującej ciszy
nie było słychać nawet wiatru, aż do czasu, gdy przerwał ją krzyk
uszczęśliwionej dziewczynki:
–
Willi! Zrobiłam bukiecik! – Nagle dziewczynka stanęła w bezruchu. Chłopiec
szybko znalazł się przy niej. – Jak myślisz... spodoba się tacie?
William zapatrzył się w dal. Dopiero, gdy dziewczynka szturchnęła go
lekko w żebro, oprzytomniał:
–
No pewnie, że się spodoba! – Wtem zastanowił się. – Chociaż... Wiesz, nie
wiem, czy to dobry pomysł, żeby dawać ojcu teraz te liście. Jest zajęty.
–
A czym się zajmuje...? – Dziewczynka popatrzyła na niego niewinnymi oczami.
–
No jak to czym? – spojrzał na nią z niezrozumieniem. – Czarną Magią,
przecież!
–
Will... Ja nie chcę się uczyć tej całej Czarnej..."
Nagle
poczuł silny wstrząs. Spojrzał zszokowany na chłopaka, który nie wiadomo jak
znalazł się na kolanach. Uklęknął koło niego i dostrzegł, że chłopak płakał. W
ogóle nie rozumiał jego reakcji na to wspomnienie. Co było w nim ważnego?
Domyślał się, że chodziło o tę dziewczynkę. Słyszał, że Larysa urodziła
Williama i córkę, ale nigdy jej nie próbował szukać. Uważał, że była za słaba
by mu służyć, bo co może jakaś dziewczynka, wychowywana bez rodziców? Jednak w
całym jego siostrzeńcu było coś dziwnego. Wyglądał jak śmierciożerca. Czarne,
dłuższe włosy, równie czarne oczy, mały nos i blada cera. Ubrany obowiązkowo w
na czarno. Było w nim coś niepokojącego.
–
Williamie – zaczął uważnie – po co się tu zjawiłeś?
–
Ja... chciałbym... – Widać było, że chłopak wahał się chwilę. Byś może
wspomnienie z dzieciństwa zaburzyło lekko jego decyzję. – Zostać śmierciożercą.
Voldemort
zamarł. Tego się nie spodziewał. To był jeszcze młody chłopak, nie wiedział, na
co się narażał... Larysa nie chciałaby, by jej syn został jego sługą...
–
Chcę zostać śmierciożercą, bo odnajduję w tym swoje powołanie – ciągnął William
coraz pewniej. - Chcę nim być. I proszę o przyjęcie.
Lord
Voldemort nie miał serca. Ani duszy. A jednak... coś było w tym chłopaku, co
kazało mu odmówić. Żal, współczucie, litość? Tylko dlaczego...?
–
Williamie, nie. Nie przyjmę cię do moich szeregów. Odmawiam ci, bo wiem, że ta
dziewczyna... twoja siostra, jak sądzę? - ciągnął nie czekając na odpowiedź. -
Jest dla ciebie ważna. Śmierciożerca nie może mieć uczuć, bo nie wytrzymałby
psychicznie. Odpuść.
William
skamieniał. Zupełnie się nie spodziewał odmowy. Nie ze strony największego z
czarnoksiężników. Pokręcił głową z niedowierzaniem. Spojrzał na Czarnego Pana i
pomyślał, że to przez jego durną siostrę nie może być jednym z NICH...
–
Żałuj – syknął i spuścił się klapą w dół. Wraz z trzaskiem zamykanej podłogi w
pokoju zapanowała ciemność.
***
Hermiona
wraz z tłumem innych uczniów weszła do sali Transmutacji. Usiadła w ławce w
przedostatnim rzędzie i wyjęła podręcznik. Spojrzała do kieszeni szaty, lecz
nie było tam jej różdżki. Oczy dziewczyny rozszerzyły się w szoku. Była pewna,
że ją brała z dormitorium... Nie mogła jej zgubić, nie mogła... Wtem spojrzała
w górę i napotkała wzrok Harry'ego. Speszony chłopak odwrócił wzrok, zajmując
się rozmową z Ronem. Rozejrzała się po klasie i dostrzegła swoją różdżkę w
rękach Heks. Wkurzona wstała, kierując swe kroki w stronę znienawidzonej
dziewczyny. Ta zauważyła już Hermionę. Uśmiechnęła się szyderczo i zakręciła
patykiem w palcach. W brązowowłosej zawrzało. Co ona sobie wyobraża? Ale
postanowiła być spokojna.
– Heks,
oddasz mi moją różdżkę? – zapytała grzecznie.
– A
co mi za to dasz? – odpowiedziała pytaniem. – Znalazłam ją.
Hermiona
poczuła, jakby ktoś oblał ją zimną wodą. Jak można być aż tak bezczelnym?
– Oddawaj
ją, dobrze wiem, że mi ukradłaś różdżkę – syknęła. Wszyscy uczniowie
patrzyli teraz w ich stronę.
– Masz
dowody? – zapytała, a na widok wściekłej miny Hermiony, uśmiechnęła
się z samozadowoleniem. – Tak myślałam. I co teraz zrobisz?
– Bierz
te łapy z mojej różdżki! – Hermiona nie wiedziała dlaczego, ale czuła
do tej dziewczyny szczególną niechęć. Nie mogła przeboleć, że teraz to tamta
triumfowała. Heks podniosła się ze swojego miejsca. Była trochę wyższa od
Hermiony, przez co poczuła się jeszcze pewniej. Czerpała niesamowitą korzyść z
patrzenia na bezsilność koleżanki.
– Nie
tak ostro, siostro – warknęła, po czym dodała, szepcąc jej do
ucha: – Nie chcemy, żeby przypadkiem ci się coś stało, prawda...?
Hermiona
odsunęła się od niej na bezpieczną odległość. Heks nadal bawiła się jej
różdżką, patrząc przy tym w oczy rywalki. Nagle, gdy Hermiona już chciała
wyrwać jej magiczny patyk, ziemia zawirowała. Wszyscy patrzyli z przerażeniem,
jak obie dziewczyny unoszą się w górę. Dookoła kłębiła się mlecznobiała mgła,
nadając sytuacji potworny wyraz. Hermiona nie była zdolna do trzeźwego
myślenia. Czuła tylko paraliżujący strach, nigdy czegoś takiego nie
doświadczyła. Co to było? Wtem przed jej oczami zaczęły przelatywać obrazy z
dzieciństwa. Dostaje pierwszego misia... Idzie do pierwszej klasy mugolskiej
szkoły... Poznaje przyjaciół... Pierwsza kłótnia jej rodziców... Tata rzucający
w nią wazonem... Policja, zabierająca rodziców na izbę wytrzeźwień... Tego
było dla niej za dużo. Wszystkie wspomnienia, które chowała głęboko w swojej
podświadomości, powróciły ze zdwojoną siłą. Po twarzy pociekły jej łzy. Miała
ochotę zasnąć i nigdy się nie obudzić, byleby tylko nie oglądać tych strasznych
chwil. Jej pierwszy chłopak, który zdradził ją z przyjaciółką... Jej mama,
krzycząca w ekstazie, że nie chce jej znać... Krew na dywanie, a dookoła pełno
opróżnionych butelek... Pani z opieki społecznej, próbująca zabrać ją do
sierocińca... Hermiona nic nie widziała przez łzy. Nie mogła się opanować.
Czuła się, jakby ktoś położył ją w kupce rozżarzonego węgla, karząc przeżywać
jeszcze raz całe jej beznadziejne dzieciństwo. Nagle wszystko ustało. Mgła
zniknęła, a dziewczyny spadły na podłogę. Heks od razu wstała i otrzepała
szatę. Jedyną oznaką, że coś się działo, był jej przerażony wzrok. Złapała za
swoje rzeczy i wyszła szybkim krokiem z klasy. Harry i Ron od razy za nią
wyszli. Wciąż nie mogli wybaczyć Hermionie sytuacji z pociągu. Dziewczyna
natomiast, w przeciwieństwie do Heks, nie mogła podnieść się z podłogi. Łzy
zalewały jej całą szatę. Wyglądała, jakby w ciągu tej jednej minuty, przeżyła
więcej niż ktokolwiek z innych uczniów w ciągu swojego życia. Nikt nie śmiał
podejść i pomóc jej.
Do
klasy weszła profesor McGonagall. Widok, jaki zastała, przyprawił ją o
palpitację serca. Co prawda, po incydencie w Wielkiej Sali, niezbyt lubiła
Hermionę, ale to jej uczennica! Od razu podbiegła do małego tłumku. Spojrzała
po zebranych. Dziwiła się, że żaden z nich nie pomógł pannie Granger. Przecież
miała wielu znajomych... Podeszła do niej powolnym krokiem i uklękła.
Odciągnęła ręce dziewczyny od głowy i aż się przeraziła. Cała jej twarz okryta
była słonymi łzami i smugami rozmazanego makijażu.
– Hermiono...
Cicho, spokojnie... Hermiono... – McGonagall głaskała Hermionę po
włosach. – Ci, już dobrze, spokojnie...
Uczniowie
stali z rozdziawionymi ustami. Byli jeszcze w szoku, po tej mgle, po tej
akcji... Nie wiedzieli, co czuła dziewczyna. A ona zdawała się znajdować w
innym świecie. Cały czas miała przed oczami smutne sceny z dzieciństwa... A to
alkohol, a to kłótnia, a nawet zdrada mugolskich przyjaciół... Widziała przez
łzy profesorkę, próbującą ją uspokoić, lecz to było takie odległe...Nagle
zachłysnęła się powietrzem. Poczuła, że wraca do klasy. Jakby gdzieś była...
– Hermiono? – zapytała
wystraszona Minerwa. – Hermiono?!
Nikt
nie wiedział, co się dzieje. "O co w tym wszystkim
chodzi?..." – to pytanie krążyło po głowach wszystkich
znajdujących się w klasie oprócz Hermiony i... Draco Malfoya. Był zupełnie
nieprzejęty całą zaistniałą sytuacją. Stał w małym kręgu, utworzonym przez inne
osoby, tylko dlatego, bo Blaise go tam zaciągnął. Co go obchodziła ta szlama...?
Z zamyśleń wyrwał go przenikliwy głos pani profesor:
– Zabini,
po pielęgniarkę! Już!
Jego
przyjaciel wyrwał się z kółka i popędził do Skrzydła Szpitalnego.
– Hermiono,
Hermiono... Co się dzieje? Hermiono?... – McGonagall wyraźnie
panikowała. Jak dla Dracona, przesadzała. Boże, szlama coś tam zobaczyła
strasznego, pewnie jak zginął jej kotek, a ona już wielkie sceny odstawia. No
bo, jakie problemy może mieć Panna–Wszystko–Wiem–Najlepiej? Przecież na
wszystko zna odpowiedź, nie mogłaby mieć kłopotów. Draco parsknął szyderczo, co
przyciągnęło pytające spojrzenia innych Ślizgonów i oburzone Gryfonów. Sam nie
wiedział dlaczego, ale po prostu wyszedł z sali. Nie mógł patrzeć na to, jak
Granger robi z siebie ofiarę. Chociaż ciekawiło go, czemu nikt z pożal się Boże
Gryfonów, albo chociaż z ciotowatych Puchonów, czy głupich Krukonów jej nie
pomógł. Szedł ciemnym i pustym korytarzem – w końcu trwały lekcje. W
pewnym momencie minął go Blaise z panią Pomfrey, biegnący szybko do klasy.
Zabini nawet go nie zauważył. Malfoy zastanowił się, kiedy jemu przyjacielowi
zaczęło zależeć na czyimś życiu. Przecież zawsze to był zimny drań, tak jak on.
Czyżby ukrywał przed nim swoją drugą naturę?... Dracon nie mógł w to uwierzyć.
I nie chciał.
***
***
Pielęgniarka
podbiegła do dziewczyny, nadal leżącej na ziemi. Nie dało się jej podnieść, po
prostu nie dało. Odchyliła jej głowę do tyłu i wlała do ust Eliksir
Uspokajający. Wtem zaczęło dziać się coś dziwnego. Hermiona wstała i zaczęła
kręcić się w kółko coraz szybciej i szybciej... McGonagall i Pomfrey próbowały
ją zatrzymać, ale dziewczyna jakby przenikała przez ich dłonie. Dopiero, gdy
Zabini rzucił się na nią i przygniótł do podłogi za nadgarstki, przestała. Jej
ciało zrobiło się bezwładne i sflaczałe. Nikt nie wiedział, co się dzieje.
Pielęgniarka zaczęła panikować. Spojrzała jeszcze raz na eliksir i z
przerażeniem przeczytała, że to trucizna. Natychmiast podbiegła do Hermiony i
ponownie wlała jej jakąś ciecz do buzi. Tym razem antidotum.
– Patil,
biegnij po dyrektora! Hasło to Cytrynowy Sorbet! – wrzasnęła
spanikowana. – Zabini, ty najszybciej, jak się da przetransportuj ją
do Skrzydła!
Zszokowany
Blaise puścił dziewczynę i porwał ją w ramiona. Po raz drugi tego dnia wybiegł
przez drzwi od sali. Pomfrey nie straciła jednak zimnej krwi i w ekspresowym
tempie wysłała patronusa w kształcie zająca do Szpitala św. Munga, z prośbą o
błyskawiczne przybycie paru uzdrowicieli do zamku. Spojrzała po raz ostatni na
Minerwę i resztę uczniów, po czym wybiegła w ślad za Ślizgonem.
McGonagall
oparła się ciężko o dębowe biurko. Przejechała wzrokiem po uczniach szóstego
roku. Było ich całkiem sporo, ponieważ byli to uczniowie ze wszystkich domów,
którzy zdali SUMa z Transmutacji przynajmniej na Powyżej Oczekiwań. Wśród nich
nie dostrzegła jednak Pottera, Weasley'a i Malfoya... Chociaż nie, nie było też
tej całej Heks... Jak je tam było... Ach tak! Stonehard. Nie podobała jej się
ta dziewczyna. Źle patrzyło jej z ciemnych oczu. Już przy Ceremonii Przydziału
postanowiła na nią uważać, co było o tyle trudniejsze, że Heks była wychowanką
jej domu. Obserwowała ją w miarę możliwości i... dowiedziała się tyle, co nic.
Minerwa westchnęła ciężko. Co tu się działo zanim ona przyszła?
– Czekam
na wyjaśnienia – powiedziała stanowczym, acz ledwo wyczuwalnie drżącym
głosem.
***
– Pani
Pomfrey...? – zapytał niepewnie czarnowłosy chłopak o ciemnej
karnacji. Gdy uzyskał w odpowiedzi słabe kiwnięcie głową,
kontynuował: – Co... Co jej się stało...?
Szkolna
pielęgniarka zakryła twarz rękami. Z jej gardła wydobył się cichy szloch.
– Och,
chłopaku... Takiego ze świecą szukać. Pomimo, że jesteś z wrogiego domu,
pozwoliłeś nadszarpnąć swoją opinię, niosąc ją tutaj...
Chłopak
cierpliwie czekał, aż wreszcie odpowie na jego pytanie. Po chwili spędzonej na
dumaniu, Poppy Pomfrey odezwała się:
– To
moja wina. Pomyliłam eliksiry, chociaż byłam pewna, że biorę właściwy...
Patrzyłam na nalepkę, było wyraźnie napisane: Eliksir Uspokajający. Chyba, że
to ja, na stare lata, już niedowidzę... Och – załkała – ja
głupia... Obiecaj mi, że gdy mnie stąd wyrzucą – nie próbuj się sprzeczać –
zajmiesz się nią. To naprawdę delikatna i bardzo miła dziewczyna. Czasem w
wolnych chwilach przychodziła do mnie podszkolić się eliksirów. Wiesz, chce
zostać aurorem...
– Pani
Pomfrey! Tam się coś chyba dzieje...
– Bardzo
dobra dziewczyna, bardzo... A jaka pomocna... – Kobieta w ogóle nie
zwracała uwagi na słowa chłopaka.
– Pani
Pomfrey! – wykrzyknął zniecierpliwiony. Gdy pielęgniarka znów nie
dała oznak, że go usłyszała, Zabini westchnął i wpadł na salę. Zobaczył, jak
uzdrowiciele pochylają się nad dziewczyną i coś tam mamroczą. Podszedł bliżej i
zobaczył, że dziewczyna leżała żywa, i się uśmiechała! Poczuł wielką ulgę w
sercu. A zaraz się zastanowił: "Dlaczego ja się tak o nią martwiłem? O
jakąś... szlamę?". Nie wiedział, dlaczego postąpił tak, a nie inaczej.
Wtedy, gdy zobaczył jak Hermiona płakała, poczuł, że musi jej pomóc. Jednak
zrobił to dopiero, gdy McGonagall mu kazała... Było mu z tym bardzo źle.
–
Za-Zabini...? – jęknęła Hermiona. Wyglądała strasznie. Miała mocno opuchnięte
oczy, rozmazany makijaż, upiornie blade policzki... I jej oczy. Oczy jej się
nie śmiały.
–
Hermiono, ja... - zawahał się. Zaczął rozważać wszystkie "za" i
"przeciw".
"przeciw".
–
Blaise?...
Chłopak
spojrzał na nią ze zdziwieniem. Po tych wszystkich latach, odezwała się do
niego po imieniu... "Teraz albo nigdy" – pomyślał.
–
Hermiono... ja… Chciałbym cię przeprosić. Wiem, że to za mało, po tym co ci
zrobiłem, ale chcę, byś wiedziała, że żałuję każdej sekundy, w której
wypowiedziałem w twoją stronę obraźliwe słowo. – wyszeptał chłopak.
Dziewczynie
nagle przed oczami stanęło jedno wspomnienie:
„Mały, ciemnoskóry chłopiec bawił się na placu zabaw. Wyglądał na
opuszczonego, nie uśmiechał się. Powolnymi ruchami przesypywał piasek przez palce
jednej ręki, do drugiej. Niebo było ciemne; zasnuwały je szare chmury. Zbierało
się na deszcz. A chłopak siedział i siedział… Wkrótce spadła pierwsza kropla
wody. Za nią następna i następna, aż powstała ulewa. Wtedy chłopiec wstał z
ziemi i przeszedł na huśtawki. Zdziwił się jednak, gdy zauważył na nich
ciemnowłosą dziewczynkę ze spuszczoną głową. Podszedł do niej i poklepał w
ramię. Dziewczynka spojrzała na jego wyciągniętą rękę. Nie uściskała jej.
– Czego tu szukasz? – warknęła.
Chłopiec przestraszył się. Ta jej wrogość i agresja… Odsunął się parę
kroków w tył.
– Ja… Ty płakałaś, a ja chciałem pomóc – odparł jakby błagalnie. Wyraz
twarzy dziewczynki złagodniał. Wyciągnęła swoją małą dłoń w jego stronę.
Chłopak przyjął ją z ulgą. Usiadł na drugiej huśtawce i przyjrzał się
towarzyszce. Była bardzo ładna. Miała długie, brązowe włosy, brązowe oczy,
teraz zasmucone i małe usta. Nawet pomimo tego, że była cała mokra, miała w
sobie jakiś urok. Deszcz mieszał się z łzami, tworząc na jej twarzy dziwną
plątaninę wód.
– Co się stało? – zapytał chłopak, łapiąc ją za rękę. Odpowiedziała mu
jedynie smutnym spojrzeniem. – Hej, co się stało?
– No bo… Moi rodzice…
I tak zaczęła się wieloletnia przyjaźń dwójki nieznajomych. Chłopiec to
Blaise, a dziewczynka to Hermiona.”
Wtem
nasunęło się jeszcze inne wspomnienie, smutniejsze:
„– Blaise! Blaise! – darła się brązowowłosa dziewczyna, biegnąc przez
ciemne korytarze Hogwartu. – Blaise!
Ciemnoskóry chłopak w zielonej szacie zatrzymał się. Poczekał aż
Hermiona do niego dobiegnie.
– Blaise… – zaczęła zdyszana. – Mam wrażenie, że mnie unikasz.
Chłopak spojrzał na nią badawczo, po czym rozejrzał się nerwowo
dookoła. Akurat nikt nie przechodził; trwały lekcje. Złapał dziewczynę za
ramiona i potrząsnął lekko. Wyglądała na zszokowaną. Jej włosy pozostawione
były w nieładzie, a oczy wystraszone. Na jej pomiętej szacie widać było
naszywkę z nazwiskiem i plakietkę: „1 rok”.
– Hermiono… Nie możemy się spotykać. – powiedział zimnym głosem.
– Ale… – zająknęła się. – Ale dlaczego?...
Blaise puścił ją i wskazał na swoją szatę.
– Jestem Ślizgonem. A ty – tym razem pokazał palcem na jej ubranie –
Gryfonką.
– Ale Diable! – wykrzyknęła smutno dziewczyna. – Co z tego?
– Posłuchaj! – warknął zniecierpliwiony chłopak. – Ja jestem czystej
krwi! Nie mogę… Nie chcę się zadawać z takimi… takimi jak ty!
Dziewczyna zsunęła się po ścianie i zaczęła szlochać. Jej najlepszy
przyjaciel zostawił ją, bo była szlamą. Odszedł. I nigdy nie wrócił.”
–
Blaise, ja… – zawahała się dziewczyna, patrząc w oczy przyjaciela.
***
I jest! Tak długo
nie pisana notka… Powstała. Jeśli są jakieś błędy – przepraszam, ale miałam
nacisk czasowy, a już nie kontaktuję (za późna pora). Obiecuję, że kiedy tylko
wrócę z trzydniowej wycieczki do Krakowa – sprawdzę błędy.
Dedyk dla Finite! – za jej nacisk czasowy i zgodzenie się zostania moją mężo-żoną. Zapraszam na jej blogi: www.women-of-holmes.blogspot.com i www.wojna-zartow.blogspot.com
Dedyk dla Finite! – za jej nacisk czasowy i zgodzenie się zostania moją mężo-żoną. Zapraszam na jej blogi: www.women-of-holmes.blogspot.com i www.wojna-zartow.blogspot.com
Pozdrawiam bardzo
serdecznie i mam małe pytanie: czy ktoś z Was mieszka w Krakowie? ;>