środa, 17 kwietnia 2013

2. Dlaczego?

I wtedy... Drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się z wielkim hukiem, a przez nie do środka wleciało mnóstwo magicznych fajerwerków. Wszyscy zaczęli panikować, uciekać w różne strony lub rzucać się jedzeniem. Hermiona spoglądała na to spod stołu z wielkim politowaniem. Dyskretnie spojrzała na profesora Dumbledore'a i zauważyła, że ten majstruje różdżką pod stołem. „A więc to jego sprawka..” – pomyślała, po czym zaczęła śmiać się jak głupia. Wielu uczniów spoglądało na nią podejrzliwie. Jako jedyna wiedziała, kiedy się schować... Nagle wszystkie fajerwerki wybuchły! Dziewczyny zaczęły piszczeć, gdyż,  jak się okazało, z fajerwerków posypał się Proszek Przylegający*. Niektóre osoby były zielone, inne niebieskie, a nawet różowe. Hermiona nie mogła się opanować i zaniosła się śmiechem tak wielkim, że zagłuszył on nawet fajerwerki i krzyki innych uczniów. Nagle poczuła, jak ktoś boleśnie wbija jej palec w plecy. Natychmiast przestała się śmiać i przerażona powoli wyjrzała zza stołu. Jak przeczuwała, za nią stała McGonagall w całej swojej fioletowej okazałości. Szybko wylazła spod blatu i stanęła wystraszona obok wściekłej profesorki. Wyglądała ona naprawdę śmiesznie, cała w fioletowej mazi, z wystającymi fioletowymi kosmykami włosów z jej ciasnego koka. Hermiona musiała ostatkiem sił powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem. Jedynym argumentem za powstrzymaniem się, był jej strach przed profesorką, która wyglądała, jakby miała wielką ochotę kogoś zabić. Nie zabić, rozerwać na strzępy. Dziewczyna zdołała jeszcze przełknąć głośno ślinę, zanim piękny i aksamitny głos ziejącej ogniem Minerwy McGonagall dotarł do jej delikatnych uszu: 
– PANNO GRANGER! Co pani sobie wyobraża?! Co to ma znaczyć?! Najpierw przychodzisz ubrana w jakieś fatałachy z mugolskiego świata, a teraz... TO! – Objechała wzrokiem całą Wielką Salę. Zatrzymała wzrok na uśmiechniętym profesorze Dumbledorze, również całym czystym, ale wytłumaczyła to sobie tym, że jest on potężnym czarodziejem i zdążył wyczarować tarczę ochronną. Hermiona spojrzała na dyrektora i odkryła, że puścił jej oczko.
– Ale pani profesor... To nie ja! – odezwała się Hermiona podniesionym głosem, czując, że zaraz wybuchnie, jeśli z ust McGonagall polecą jeszcze jakiś zarzuty w jej kierunku.
– Ciekawe, że pani jedyna wiedziała, kiedy się schować! – Z oczu nauczycielki błyskały pioruny.
– Jak to jedyna? A profesor Dumbledore?! – Hermiona nie mogła wytrzymać, zaczęła krzyczeć. Wszystko się w niej gotowało. Jak ta kobieta mogła się jej czepiać o coś, czego nie zrobiła? Obie panie nawet nie zauważyły, że krzyki ucichły, a wszyscy uczniowie wpatrywali się w ten przedziwny widok. Nie często można było zobaczyć profesor McGonagall wrzeszczącą na swoją ulubienicę, bardzo mądrą i zdolną czarownicę (na pewno najlepszą na swoim roku). Szczególnie, że jej "ulubienica" odpyskiwała. Najbardziej zdziwili się Harry i Ron. Kiedy Hermiona stała się taka wybuchowa? 
– Chyba nie próbujesz mi wmówić, smarkulo, że profesor Dumbledore mógłby zrobić coś takiego?!
– A i owszem! Nie może pani całej winy zwalić na mnie, tylko dlatego, że w odpowiedniej chwili weszłam pod stół! To nie moja wina! –  Dziewczyna, chcąc powstrzymać się od całkowitego wybuchu złości, ruszyła raźnym krokiem do drzwi. Uczniowie usuwali się prędko sprzed jej nóg. McGonagall stała zszokowana. Czy to na pewno była Hermiona Granger? TA Hermiona Granger, bardzo pilna i uporządkowana uczennica? I to jeszcze prefekt... Dumbledore uśmiechał się smutno. Musiał, musiał to zrobić.
– Panno Granger! Proszę zaczekać! – krzyknęła nadal zszokowana pani profesor. Dziewczyna stanęła, lecz nie odwróciła się. McGonagall głośno warknęła: – Szlaban. Kolejny, panno Granger. Wyślę sowę do twoich rodziców... – nagle Hermiona odwróciła się i z prędkością światła znalazła się przy profesorce.
– Pani tego nie zrobi, błagam... – Dziewczyna trzęsła się jak w transie. Wyraz twarzy McGonagall znacznie złagodniał, ale nie dała się przekonać.
– Myślę, panno Granger, że sowa do pani domu przyniesie większe skutki niż szlaban. 
Hermiona popatrzyła na kobietę z niedowierzaniem. Oczy jej się zaszkliły, a cera nabrała jeszcze bladszego odcieniu. Czym prędzej wybiegła z Wielkiej Sali. Łzy tak zaślepiły jej drogę, że nie zauważyła tłumu pierwszaków czekających pod wrotami na swój przydział. „Oni nie mogą się dowiedzieć, nie mogą...” – to jedno zdanie gorączkowo przewijało się przez mózg dziewczyny. Nawet nie zauważyła, kiedy dotarła do sowiarni. Jej rodzice po prostu nie mogą, nie mają prawa się dowiedzieć. Na co dzień byli świetnymi ludźmi, ale tylko wtedy, kiedy wracała na wakacje. Normalne ich życie składało się z alkoholu, alkoholu i jeszcze raz alkoholu. Nawet nie pamiętała czasów, w których jej rodzice nie pili. Przez to również się ich bała. Gdy jest w Hogwarcie, oni na powrót stają się pijakami, więc jeśli McGonagall wyśle im sowę... To już po niej. „Dlaczego?”  - to pytanie nurtowało ją najbardziej.
            Siedziała w sowiarni do późnego wieczoru, aż w końcu poczuła mrowienie w nogach i piasek pod powiekami. Postanowiła wrócić do Wieży Gryffindoru, ponieważ nie chciała dostać kolejnego szlabanu. „Już trzeciego...” – pomyślała ze zgrozą. Zaczęła skradać się jak najciszej korytarzami, wyglądającymi jak z horroru. Nigdzie nie paliło się żadne światło, wszystko było mroczne i tajemnicze. Słychać było tylko ciche pochrapywania obrazów i ledwie dosłyszalny tupot jej stóp. Pomimo ciemności, dziewczyna cały czas oglądała się za siebie, jakby chciała zobaczyć, czy ktoś za nią nie idzie. Gdy wreszcie dotarła bezpiecznie pod portret Grubej Damy, zastanowiła się, co dalej. Jak obudzi Grubą Damę, to ta natychmiast zwoła alarm. „A jakby...”  – główkowała. – „Nie, to nie może się udać.” Nagle zewsząd rozległ się melodyjny głos Violette, przyjaciółki Grubej Damy. 
 Gruba Damo... Obudź się, potrzebujemy cię! Nagłe zebranie obrazów u Wielkich Mnichów przy Wielkiej Sali! 
Gruba Dama czym prędzej wyszła z obrazu i ruszyła w pogoń za Violette, która już przeskakiwała z obrazu na obraz kierując się do Wielkiej Sali.  „No i super... Nie ma to jak zostać wykiwanym przez obraz...”  – westchnęła w myślach Hermiona. – „No nic, najwyżej prześpię się na korytarzu.”  Z  ponurymi myślami przygotowała sobie posłanie. Gdy ułożyła się do snu, wreszcie mogła pomyśleć nad sprawą w pociągu. Naprawdę nie rozumiała zachowania Malfoya. Dlaczego to zrobił? Domyślała się, że miał wielki problem, skoro pragnął bliskości szlamy, ale nie rozumiała, dlaczego ją pocałował. Może przypominała mu jakąś bliską osobę? Nie, to niedorzeczne. Malfoy nie potrafi kochać nikogo. „Chociaż... Jakie mam na to argumenty? To, że jest wredny i złośliwy? Że mnie przezywa? Przecież to nie oznacza, że nie kocha NIKOGO...” – zastanowiła się. Teraz to do niej dotarło! Nie miała podstaw twierdzić, że Malfoy nie ma uczuć, skoro go dobrze nie znała. A ten pocałunek... To na pewno jakiś odruch. Mimo wszystko, to nadal jest znienawidzony dupek Malfoy. Nic tego nie zmieni. Uspokojona już dziewczyna, położyła się do swojego prowizorycznego łóżka i momentalnie zasnęła. 

                                                               ***  
Ciemna sylwetka młodego człowieka przemykała się przez narastający gąszcz dzikich krzewów i roślin. Widać było, że bardzo mu się dokądś śpieszy. Nagle stanął, wyraźnie nasłuchując jakiś dźwięków. Do jego uszu dotarły strzępki rozmowy dwojga osób. 
– Ale panie profesorze... Tak nie można! 
– A co ty, smarkaczu, możesz wiedzieć o tym, co można, a co nie? Hm?
– Niech pan będzie cicho, coś słyszałem...
Osoba pogrążona w ciemnościach wstrzymała oddech. Tak nie może się to skończyć, nie teraz... 
– Zdawało ci się. I pamiętaj, masz to zrobić - powiedział jeden głos na odchodne i teleportował się z cichym trzaskiem, który w zacisznym lesie rozniósł się echem. Wtedy człowiek postanowił się ujawnić. Wszedł na oświetloną polanę, gdzie jeden z rozmówców siedział na zwalonym pniu z twarzą schowaną w dłoniach. Na chwilę zmrużył oczy przez fale rażącego światła. Był to wysoki, chudy chłopak, może szesnastoletni. Miał czarne włosy, czarne oczy i mały nos, bladą karnację i bardzo białe zęby. Ubrany był w czarne męskie rurki, czarne trampki i czarną kurtkę. Z tylnej kieszeni spodni wystawał mu drewniany patyk. Był bardzo przystojny. Chłopak siedzący na pniu podniósł głowę. Gdy zobaczył GO przed sobą, znieruchomiał. Czego on od niego chce? Szybko dostał odpowiedź.
– No proszę... – odezwał się ciemnowłosy młodzieniec tonem ociekającym kpiną. – Czyżby ktoś miał małą kłótnię z ukochanym profesorkiem?
Chłopak spojrzał na niego ze znudzeniem. Był jasnowłosy, o jasnej cerze. Wysilił się na lekki grymas, który w jego mniemaniu miał być uśmiechem. 
– Dobra, nie przeciągajmy. Pamiętasz, co ci zleciłem? - warknął zniecierpliwiony brunet. 
– Pamiętam. O co ci chodzi? Dlaczego to dla ciebie takie ważne?
Chłopak podszedł do siedzącej postaci. Chwycił go boleśnie za brodę i szarpnął do góry. Był bardzo wściekły.
– Po pierwsze, kiedy do ciebie mówię, stój. Po drugie, ja tu jestem od zadawania pytań. Po trzecie: skoro pamiętasz, to dlaczego nic nie robisz? – szeptał. Jasnowłosy nic nie odpowiedział i spuścił wzrok. Po chwili jednak, jakby coś sobie przypomniał, skierował wzrok na oczy mężczyzny przed nim. Uśmiechnął się triumfalnie i powiedział głośno:
– Jak to nic nie robię? Wszystko już jest ustalone, a niedawno weszło w praktykę. Idzie mi coraz lepiej. 
Poczuł, jak ciemnowłosy puścił jego podbródek. Podniósł rękę i w spokoju rozmasowywał go. W tym czasie jego towarzysz cofał się pomału w gęstwiny krzewów.  
– A ty gdzie idziesz? – zapytał zdziwiony blondyn. Ciemna postać coraz bardziej zagłębiała się w ciemności. Na chwilę przystanęła, lecz zorientowała się, że musi już iść. Powiedziała tylko na odchodne:
– Tylko nie przesadź. Jest dla mnie ważna. – I pochłonęły ją ciemności. Drugi chłopak patrzył głupawo w jedno miejsce. „Dlaczego zawsze ja? Dlaczego?” – pomyślał, aż nagle okręcił się dookoła własnej osi i zniknął.
***
 Dumbledore przechadzał się po swoim gabinecie w tę i z powrotem. Rozmyślał nad czymś głęboko, bo na jego czole pojawiła się mała, głęboka zmarszczka. Wzrok miał nieobecny, a palce dłoni splecione za plecami. Był czymś wyraźnie zmartwiony. Biała broda smętnie zwisała, a okulary-połówki zsunęły się na koniec haczykowatego nosa. Wyglądał dość marnie, ale nadal bardzo mądrze. „Dlaczego Minerwa musi na wszystko reagować tak pochopnie? To miał być żart, a skończyło się szlabanem dla niewinnej uczennicy. I to jakiej uczennicy... Dlaczego Minerwa jest taka... Sroga? Sztywna? Nie umiem tego nazwać...” – myślał dyrektor. – „Teraz nie będę miał zbytnio okazji, żeby porozmawiać z panną Granger. Na pewno jest na mnie wściekła.” Podszedł do żerdzi feniksa Fawkesa. Tyle ten ptak zrobił, uratował już niejedno istnienie. A on? Tylko wszystkich wystawia na pewną śmierć. Nie potrafił inaczej. Czasem tak bywa, że człowiek ma taką naturę i nawet, jeśli by chciał, nie potrafi jej zmienić. Kiedyś pewien mądry, mugolski kapłan i pisarz powiedział:
"Aby stać się lepszym,
nie mu­sisz cze­kać na lep­szy świat"**

Lecz on nie umiał się do tego dostosować. To był silniejsze od niego. Chciał uratować świat, o tak, ale... Nie swoim kosztem. Taki już był. Czuł do siebie wielki żal, chciał być inny, lepszy, a jednak nie potrafił. To już go przerosło. Usiadł ciężko na fotelu za swoim biurkiem. Oparł głowę na złączonych dłoniach, co było jego nawykiem. Wiedział, że długo nie potrzyma. Jego czas się kończy. Poprzysiągł sobie, że nie umrze, dopóki odpowiednia osoba nie dowie się o wszystkim. A to miało nastąpić całkiem niedługo... Dumbledore wstał i podszedł do okna. Zapatrzył się w krajobraz za oknem i pomyślał: „Gdyby wszystko było takie proste...” Westchnął jeszcze raz po czym sięgnął po pergamin z szafki przy parapecie. Wziął również gustowne, pawie pióro i zamoczył je w granatowym atramencie. Zastygł w piórem nad pustą kartką. „Gdyby wszystko było takie proste...” Już wiedział, co napisać. Całą prawdę
***
* Proszek Przylegający - wymyślony przeze mnie na rzecz opowiadania. Jest to kolorowy proszek, który, jak się go posypie na jakieś ciało stałe, przylega do niego i zmienia kolor. 
** Phil Bosmans

Dedykacja dla wszystkich tych, którzy przeczytali.

Witam na drugim rozdziale opowiadania! Tak jak obiecałam, pojawił się w środę. Mam nadzieję, że się podobał. Ocenę pozostawiam Wam, Drodzy Czytelnicy. Następny rozdział pojawi się we wtorek lub środę za tydzień, ponieważ w ten tydzień mam ważny konkurs, do którego muszę się przygotowywać. :c Jeżeli jednak udałoby mi się szybciej... ;> Dziękuję za każdy komentarz.
Pozdrawiam,
 Mionka M.
PS. Mam już ponad 1000 wyświetleń! Dziękuję ;*  

czwartek, 11 kwietnia 2013

1. Powrót.



Przez otwarte okno do pomieszczenia wkradały się pierwsze jesienne promyki słońca. Nagle dało się słyszeć głośny trzask, a zaraz po tym huk. To w owym pomieszczeniu, załamało się drewniane łóżko. Dwie dziewczyny stały nad nim z otwartymi ustami. W końcu jedna z nich, rudowłosa, wyjęła patyk i nim machnęła, doprowadzając łóżko do stanu używalności.
            – Ginny, magia jest piękna  – westchnęła druga z nich, brązowowłosa, rzucając się na świeżo naprawiony mebel. Była bardzo ładna: duże, ciemnobrązowe oczy, długie, falowane włosy, blada cera i różowe usta. Ginny tylko uśmiechnęła się pod nosem i podeszła do wielkiej szafy stojącej w kącie pokoju.
– Hermiona, wstawaj! Zaraz jedziemy do Hogwartu, a ty jesteś jeszcze nie spakowana! To twój szósty rok, chyba nie chcesz się spóźnić?
Dziewczyna z piskiem wyskoczyła z łóżka. W ekspresowym tempie dobiegła do przyjaciółki. Otworzyła z rozmachem drzwi garderoby i usiłowała wyjąć z niej swój kufer. Ginny z politowaniem patrzyła na wysiłki Hermiony.
– Daj, pomogę ci. – Szybkim ruchem wyciągnęła skrzynię z pod sterty ubrań. Hermiona wytrzeszczyła oczy.
            – Ja... Jak ty... to? – jąkała się co chwila.
– Nie gadaj tyle, tylko pakuj się – odpowiedziała z pobłażaniem Ruda.
***
Wchodząc na Dworzec Kolejowy, obie dziewczyny czuły narastające podniecenie spowodowane bliskością innych czarodziei. Szybko wzięły wózki na bagaże i przebiegły przez magiczną barierkę, oddzielającą świat magiczny od mugolskiego. Hermiona rozglądała się po peronie w poszukiwaniu przyjaciół, w przeciwieństwie do Ginny, która już witała się ze znajomymi. W końcu brązowowłosa wyłowiła w tłumie rudą czuprynę swojego przyjaciela. Uśmiechnięta skierowała się w stronę przyjaciół.
– Harry! Ron! – Usłyszała nagle. Odwróciła się i ujrzała, jak jakaś dziewczyna, całkiem ładna brunetka, biegnie w stronę JEJ przyjaciół i rzuca im się w ramiona. Była całkowicie zdezorientowana. W końcu postanowiła podejść do chłopaków i dziewczyny. Bez słowa przytuliła chłopców i dała im całusy w policzki, nie zwracając najmniejszej uwagi na dziewczynę stojącą nieopodal. Jednak owa brunetka miała chyba inne plany, bo po chwili odezwała się:
– A więc to ty jesteś Hermiona Granger?
Hermiona zdziwiła się, skąd ona niby ją zna?
– Tak... - odpowiedziała ostrożnie, nieco przedłużając wyraz.
– Och, no wiesz, jestem twoją wielką fanką i staram się być jak ty... Właśnie dlatego postanowiłam wakacje spędzić z twoimi przyjaciółmi – gadała jak najęta, ale w jej oczach czaiła się pogarda. To właśnie dlatego Hermiona postanowiła na nią uważać.
– Co? Jak to spędziłaś wakacje z...
Harry natychmiast zorientował się, że dziewczynę zabolał ten fakt.
– Chcieliśmy cię zaprosić i was zapoznać, ale Heks się nie zgodziła… – Harry widząc pełny zazdrości wzrok Hermiony zreflektował się i spuścił głowę. – Przepraszam.
Heks wydawała się być podenerwowana wyznaniem Harry'ego. Hermiona była skołowana zaistniałą sytuacją. A Ron był całkowicie nieprzejęty tym wydarzeniem.
– Ej, ludzie, chodźmy zająć przedział, bo za chwilę pociąg nam odjedzie – odezwał się i ruszył do pociągu, nie oglądając się za siebie. Harry stał patrząc niezdecydowanie na obie dziewczyny.
– Dobra, chodźcie, bo naprawdę nie zdążymy – powiedziała Hermiona, przerywając niezręczną ciszę panującą między nimi. Zgodnie weszli do pociągu. Nikłe były nadzieje Miony na to, że Heks się z nimi rozdzieli. Postanowiła, że później wypyta Harry'ego o wszystko. Doszli do swojego stałego przedziału na końcu czwartego wagonu. Już mieli wchodzić, gdy... Wpadli prosto na Dracona Malfoya. Co ten ślizgoński arystokrata tu robi?
– Co wy tu robicie? – spytał Draco z niemałym zdziwieniem w głosie. Harry i Hermiona popatrzyli na niego  jak na idiotę.
– Co MY tu robimy? To nasz przedział, Malfoy – odpowiedziała zbulwersowana Hermiona. Draco obejrzał ją od stóp do głów i powiedział kpiącym tonem:
- No, no, Granger, ile zaklęć na siebie rzuciłaś?
- O co ci chodzi? - zapytała, nie rozumiejąc jego intencji.
            - No jak to o co? Pytam się, ile zaklęć na siebie rzuciłaś, żeby tak wyglądać?
Hermiona stała rozbita. Nie miała pojęcia, czy to była ironia, czy może komplement. „Komplement? Malfoy i... komplement? Chyba oszalałaś,  dziewczyno”  - skarciła się w myślach.
– Odwal się, Malfoy. Nie mam ochoty tracić na ciebie czasu. – Spojrzała na niego z obrzydzeniem. Chociaż musiała przyznać, że był przystojny. I to nawet bardzo. „Ale co się dziwić, arystokrata pewnie od najmłodszych lat chodzi  po salonach piękności dla mężczyzn (jeśli takowe w ogóle istnieją)” – powiedział złośliwy głosik w jej głowie. Nonszalancko rozczochrane, jasne, trochę przydługie platynowe włosy z grzywką na bok, szaro–niebieskie chłodne oczy, ostre rysy twarzy i blada cera. Był wysoki i szczupły, miał dobrze zbudowaną i wyniosłą sylwetkę.
Malfoy zaperzył się.  Nikt nie będzie mu rozkazywał! A co dopiero jakaś szlama. Podszedł do niej bliżej. „Całkiem, całkiem jest ta Granger...”  przeleciało mu przez myśl. Za chwilę jednak przeraził się swoją postawą. „Boże, co ja gadam! To szlama!”
  Uważaj, Granger, na swoje słowa. Może przytrafić ci się coś... niemiłego – szepnął jej do ucha uśmiechając się mściwie. Hermiona stała sparaliżowana. Był tak blisko... Doskonale czuła nutę jego perfum o zapachu cytrusowo–drzewnym. Kochała ten zapach.... Taki świeży i zmysłowy. Jej były chłopak używał tego zapachu, więc była trochę obeznana. Zastanawiało ją tylko, skąd Malfoy miał mugolskie perfumy? Osobiście przecież nigdy nie pokazałby się w mugolskim sklepie. Wtem chłopak zwrócił uwagę na jej towarzyszy. Zatrzymał wzrok dłużej na brunetce i odezwał się:
– Proszę, proszę. Pan Srotter i...?
– Heks – uśmiechnęła się uwodzicielsko i wyciągnęła rękę. Malfoy parsknął śmiechem.
– Serio? Heks? Przecież... Przecież to imię oznacza wiedźmę*!
Heks wciągnęła głęboko powietrze. Widać było, iż Draco ją zdenerwował.
– Nie śmiej się z mojego imienia! – krzyknęła głośno, a gdy to nie zadziałało, wyciągnęła różdżkę. Malfoy uspokoił się.
– Ej, spokojnie, kobieto...
– Co spokojnie? Co spokojnie?! Nie masz prawa śmiać się z mojego imienia! - Heks była naprawdę wściekła. Hermiona i Harry wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia. Jednogłośnie postanowili wkroczyć do akcji, gdyż Malfoy również wyciągnął swoją różdżkę. Harry podszedł do Heks i zaczął ją uspokajać.
Hermionie pozostało utemperować blondyna. Podeszła do niego i aż się przestraszyła. Draco dyszał ze złości, a twarz miał wykrzywioną w wyrazie wściekłości. Z jego oczu bił taki chłód, że nawet zawsze spokojny Dumbledore, byłby wstrząśnięty. Lecz Gryfonka nie miała zamiaru się poddać. Położyła rękę na jego ramieniu w geście uspokojenia. Gdy chłopak skierował na nią swoje oczy, od razu ich wyraz złagodniał. „Ona ma takie piękne tęczówki...”   pomyślał. Nawet nie próbował się bronić przed swoją podświadomością. W tej chwili nie liczyło się, że była nieczystej krwi. Oboje wpatrywali się ęboko w swoje oczy z uwagą. W końcu Draco nie wytrzymał i porwał ją w swoje ramiona. Wtulił się w nią jak małe dziecko. Powróciły do niego smutne i ponure myśli. Czarny Pan dał mu zadanie... Wiedział, że nie da rady temu podołać. Nie chciał być śmierciożercą. Nie chciał jednak zawieść swoich rodziców. Bardzo ich kochał i chciał okazać im wdzięczność za to, że nigdy mu niczego nie brakowało. Że byli przy nim i go kochali. Może nie okazywali tego w czułych gestach, ale Draco to wiedział. Lucjusz Malfoy nie był przyzwyczajony do miłości i bardzo trudno było mu się zakochać, ale jak już oddał komuś swoje serce, to na zawsze. Może Draco nie miał w domu typowej rodzinnej atmosfery, ale to dlatego, że jego rodzice sami nie doświadczyli jej w swoich domach. Co prawda wiedzieli, że miłość istnieje i jest u nich w domu; zawsze troszczyli się o swojego syna i dawali mu wszystko, rozpieszczali go, chcąc pokazać, że jest dla nich ważny, ale nie wiedzieli, jak okazać mu czułość. A teraz, gdy jego ojciec jest w Azkabanie, nic już nie jest takie samo. Voldemort jest wściekły i mści się na Narcyzie i Draconie.
Hermiona stała jak słup soli. Właśnie wtula się w nią jej największy szkolny wróg. Nie wiedziała, co ma zrobić... Nie może go teraz odepchnąć, widziała, że coś się stało. Chłopak zaczął się niepokojąco trząść w jej ramionach. Hermiona bezwiednie podniosła rękę i pogłaskała go po włosach. Draco na chwilę znieruchomiał, ale po chwili się rozluźnił. Chyba zdziwił go jej gest. Harry i Heks wpatrywali się w nich zdziwionym wzrokiem. W końcu Malfoy się od niej oderwał i wbił wzrok w ziemię. Poczuła się trochę zawiedziona, było jej dobrze w jego ramionach. Draco nagle podniósł wzrok i ponownie zajrzał jej głęboko w oczy. Zrobił coś, co zszokowało wszystkich, nawet samego Malfoya. Wziął twarz Hermiony w swoje dłonie i cmoknął jej usta. Odwrócił się i odszedł korytarzem w stronę swojego przedziału. Harry popatrzył na Hermionę z wyrzutem i niedowierzaniem, po czym wpadł do przedziału trzaskając drzwiami. Heks uśmiechnęła się złośliwie do dziewczyny i poszła za Harry’m. Za to Hermiona nie wiedziała, co o tym myśleć. Postanowiła, że na razie nie będzie sobie zaprzątać głowy, pomyśli spokojnie w dormitorium, a tymczasem poszuka jakiegoś wolnego przedziału, bo Harry i Ron będą mieli jej za złe całą akcję na korytarzu. W sumie się im nie dziwiła. Powinna jakoś zareagować, odepchnąć go... Zdecydowanie ma za miękkie serce. Przecież to jej wróg! Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Gdy wybierała się poszukać  przedziału Ginny, donośny głos maszynisty rozległ się po korytarzach pociągu:
– Dojeżdżamy do Hogwartu! Uczniowie są proszeni o przebranie się w szaty!
„No i pięknie...” pomyślała Hermiona. –Gdzie ja mam się przebrać? Na pewno nie na korytarzu. Powiem, że to była sytuacja wyjątkowa... Na pewno to uwzględnią przy wstawianiu mi szlabanu. 
Ruszyła do wyjścia z pociągu ze skwaszoną miną. I wtedy... Przypomniała sobie, że miała stawić się na zebraniu prefektów! „Szlaban murowany” pomyślała ponuro. 
Wchodząc do Wielkiej Sali czuła na sobie wzrok całego grona pedagogicznego. Nic dziwnego, w końcu jako jedyna ubrana była w letnią, białą sukienkę do połowy ud i buty na koturnie. Odliczała w myślach do pierwszego krzyku profesor McGonagall. 10, 9... Doszła do połowy stołu Gryffindoru. 8, 7, 6... Usiadła na swoim miejscu. 5, 4, 3... Przywitała się z Parvati Patil i Lavender Brown ze swojego roku. 2, 1... Puściła oczko jakiemuś chłopakowi z Ravenclawu. 0...
– Panno Granger! – głos Minerwy McGonagall słychać było pewnie aż na błoniach. – Co to za strój?! Szlaban, jutro o 17! Takie zachowanie... I to prefekt! 
Dumbledore tylko uśmiechnął się pogodnie do Hermiony i wzniósł lekko kielich, patrząc jej w oczy. Nagle w głowie dziewczyny odezwał się jego cichy głosik:
– Lepiej schyl się pod stół za dwie minuty.
Popatrzyła zdziwiona na dyrektora, jednak ten nie patrzył już w jej stronę. Wyglądał na wielce wciągniętego w dyskusję na temat chochlików z Severusem Snape'm. Zaaferowana, nie zauważyła lekkiego uśmiechu widniejącego na jego starczej twarzy. Postanowiła zastosować się do tajemniczego ostrzeżenia. W myślach liczyła sekundy. Gdy była już minuta i pięćdziesiąt dziewięć sekund, dziewczyna uchyliła się pod stół. I wtedy... 


---------------------------------------------------
 * Heks (j. duński) - wiedźma, czarownica
Witam na pierwszym rozdziale opowiadania! Mam nadzieję, że się podobał, proszę o zostawianie swoich ocen w komentarzach. Dedykacja rozdziału dla: 
Dla Shadii z http://milosc-wbrew-rozsadkowi.blogspot.com . Za nasze porąbane rozmowy na gg, i za to, że we mnie uwierzyłaś!
 Dla Cammelii - za milutkie maile i DT. I również za to, że uwierzyłaś ;)
 Dla DDagi i dla M. za bardzo miłe słowa :D
 Także dla wszystkich Anonimowych i Czytelników za to, że przeczytali!

Nowa notka powinna pojawić się do środy.

Pozdrawiam,
Mionka M.